Logogram strony

Myśliciel A.Rodin

Rozmiar tekstu

Radość z działania

Nowiny Raciborskie 2012
Rozmawiał Arkadiusz Gruchot

Przyjechał pan do Raciborza na zaproszenie Raciborskiej Izby Gospodarczej by wręczyć nagrody gospodarcze, wygłaszać wykłady, rozmawiać z przedsiębiorcami, doradzać im. Wszystko  bezpłatnie. Proszę powiedzieć co pana-człowieka w wieku 72 lat, spełnionego, którego sukcesy, tytuły i honory nie zmieściłyby się zapewne na całej kolumnie naszej gazety – motywuje by, spędzając za kierownicą wiele godzin, dotrzeć do naszego miasta czyli z perspektywy Warszawy gdzieś na koniec Polski?

Przede wszystkim autentyczna radość z działania. Ale wspiera ją niewątpliwie satysfakcja z tego, że to co piszę, mówię i w co wierzę znajduje coraz więcej zwolenników. Mam tu na myśli głównie idee i pomysły, które zawarłem w książce „Doktryna jakości — rzecz o skutecznym zarządzaniu” (Moja książka "Doktryna jakości") Wypomniał mi pan te 72 lata, więc wykorzystam to by powiedzieć, że nie wolno ze słowem „emerytura” utożsamiać bezczynności, zamknięcia się w czterech ścianach własnego domu, co się zresztą zazwyczaj kończy depresją, poczuciem wykluczenia. Owszem, pewnie nie wszystkie prace i zajęcia można wykonywać przez całe życie, nie wymagajmy by górnik na przodku pracował do siedemdziesiątki. Jednak to aktywność, a nie bierność jest naturalnym stanem rzeczy. Podobnie jak praca nie jest straszną uciążliwością czy karą za grzechy.

Praca może nie być uciążliwością wtedy, jeśli odbywa się wg zasad, które pan opisuje i postuluje w swojej książce czyli w największym skrócie jeśli pracodawca i pracownik traktują się po partnersku. Czy nie jest pan romantykiem, idealistą?

Nic podobnego. Traktowanie i wynagradzanie pracowników „godnościowo” ma sens. Praca pod wpływem strachu, nadmierna presja, wynagrodzenie uzależnione na sztywno od sprzedaży, komunikacja szef-pracownik tylko w jedną stronę czy nawet metoda „kija i marchewki” po prostu nie działają dobrze. Przekonuję do tego od 15 lat i spotykam coraz więcej przedsiębiorców, którzy mówią „przeczytałem pana książkę, wprowadziłem zmiany i to działa”. I to nie tylko w małych firmach. Polecam książkę Stephena Younga, która w Polsce ukazała się pod tytułem „Etyczny kapitalizm”, w której podaje on szereg przykładów dużych, światowych firm, gdzie takie podejście również się sprawdza.

Jak zareagowali na pana poglądy raciborscy przedsiębiorcy?

Spotkałem się nie tylko z zainteresowaniem, ale i przykładami, że zasady które promuję już funkcjonują w firmach. Bardzo podoba mi się na przykład podejście jednego z szefów, i to dużej raciborskiej firmy, do którego raz w tygodniu pracownicy mogą przyjść i porozmawiać o swojej pracy. On takiego pracownika wtedy pyta: co mogę zrobić, aby ci się lepiej pracowało?  Ten prezes rozumie, że poprawienie warunków pracy leży w interesie firmy, że pracownicy mają wielką wiedzę na temat procesu pracy, który można usprawnić z pożytkiem dla wszystkich.

Spędził pan w Raciborzu dwa dni wypełnione od świtu do późnej nocy rozmowami z przedsiębiorcami, studentami, wykładami, zwiedzaniem. Jakie opinię o mieście zabierze pan ze sobą do Warszawy?

Racibórz to niewątpliwie miasto przedsiębiorcze. Kiedy spotykam się z właścicielami małych firm to utwierdzam się w przekonaniu, że jesteśmy narodem przedsiębiorczym, uczciwym, pracowitym. O tych małych, rodzinnych firmach mówi się mniej niż o dużych, a to przecież one dają najwięcej miejsc pracy i stabilność ekonomiczną i społeczną państwa. Znajduję w Raciborzu wiele dobrych, optymistycznych przykładów rozwoju firm rodzinnych, czasem już dwupokoleniowych, spotkałem dojrzale myślących przedsiębiorców, doskonale znających swój biznes, rynek, gotowych ciężko pracować.

Czy działalność gospodarcza w modelu firmy rodzinnej, którą pan promuje to rzeczywiście dobry pomysł na dzisiejsze czasy? Czy wobec narastającej, często nieuczciwej konkurencji wynikającej z procesów globalizacyjnych, nieprzyjazności prawa gospodarczego i wielu innych plag nękających małego przedsiębiorcę, nie lepiej zachęcać dzieci do zdobywania innych kwalifikacji i szukania zatrudnienia w urzędach, korporacjach?

Przede wszystkim do nauki i zdobywania nowych kwalifikacji dzieci zachęcać trzeba zawsze. Mój ojciec też mi kiedyś poradził, żebym wybrał sobie taki zawód, który da mi niezależność od firmy, co przecież nie przeszkadza bym ją kiedyś poprowadził. Zresztą dziś pojęcie uczenia się odnosimy także do przedsiębiorstw. Szansę na sukces, na utrzymanie się na rynku mają wyłącznie firmy „uczące się” czyli nie poprzestające na raz zdobytej wiedzy. Należy ją pogłębiać nie tylko w zakresie technologii, potrzeb rynku, działania i metod konkurencji, ale coraz częściej nawet w takich dziedzinach, jak psychologia społeczna, bo to jej zasady rządzą coraz częściej zachowaniem konsumentów.

Dużo tych wyzwań…

Ja nie mówię, że prowadzenie firmy rodzinnej to jest pomysł dla każdego. Jeśli jednak ktoś chce mieć bezpośredni wpływ na swój los, jeśli nie boi się odpowiedzialności, ciężkiej pracy i ryzyka to własna działalność może dać mu wiele pożytków, satysfakcji oraz zapewnić bezpieczeństwo ekonomiczne. O tym ostatnim wspominam także w kontekście bieżącej dyskusji o przyszłych emeryturach Polaków. Zdaniem ekspertów Centrum Adama Smitha obecny system emerytalny nie pozwoli większości Polaków na godne życie tylko z państwowej emerytury. Emerytura prawdopodobnie będzie w przyszłości miała wysokość i funkcję pewnego minimalnego świadczenia, które nie zapewni jednak przyzwoitego standardu życia. Trzeba ją będzie uzupełniać o dodatkowe dochody i o tym trzeba myśleć  dużo wcześniej, W tym kontekście dobre rodzinne przedsiębiorstwo to świetne zabezpieczenie finansowe, na które wpływ mamy my, a nie wielkość deficytu budżetowego, ZUS, itp.

Trudno jednak nie zauważyć, że to właśnie małe firmy są najbardziej bezbronne wobec wielu zjawisk zachodzących we współczesnej gospodarce, nie mówiąc już o kryzysie. Duże mogą zamknąć jeden z działów, zredukować zatrudnienie, żyć przez jakiś czas z nagromadzonych rezerw…

To oczywiście prawda, jednak małe firmy też mają w ręku wiele cennych atutów. Na przykład ogromną elastyczność i zdolność adaptacji do warunków otoczenia, rezerwy wynikające z autentycznego zaangażowania, motywację do przezwyciężania trudności i ciężkiej pracy, dobrą „rodzinną” energię. A jeśli chodzi o sam kryzys to bardzo lubię pewną prostą definicję odnoszącą się do jego skutków. Otóż kryzys oczyszcza firmy z niepotrzebnych kosztów, a rynek z niepotrzebnych firm. Warto o tym pamiętać.

Kim jestem i czym się zajmuję

Magazyn „Magnes” w 2012 roku
Rozmawiał Piotr Kowalski

Biznesmen, naukowiec, szkoleniowiec, coach, a dla wielu także mentor. O biznesie bez lukru oraz motywowaniu bez marchewki rozmawiamy z prof. Andrzejem Jackiem Blikle, jednym z autorów sukcesu firmy A.Blikle.

Lista firm, organizacji i stowarzyszeń, których jest Pan członkiem, bądź którym Pan przewodniczy, liczy 30 pozycji. Jak więc cię Pan czuje, słysząc o sobie „Pan od pączków”?
 
Nie jest mi z tym źle. To mój biznes rodzinny. Trochę mnie martwi opinia, że A.Blikle robi tylko pączki, a przecież mamy znacznie bogatszą ofertę. Mamy torty, lody, praliny, czekolady w tabliczkach, wyroby delikatesowe… Prawie sto produktów w codziennej sprzedaży, a wszyscy pamiętają pączki. Naszym zadaniem jest więc sprawić, by ludzie poznali i te pozostałe.

Dziś jak by Pan określił siebie? Kim jest profesor Andrzej Jacek Blikle?
 
Jestem wielobranżowy. Jestem naukowcem, bo przez 30 lat zajmowałem się nauką, jestem też przedsiębiorcą, bo przez 20 lat zarządzałem. W tej chwili łączę te dwie dziedziny – zarządzam, ale też pracuję dydaktycznie – rocznie daję ponad 100 godzin wykładów. Teraz uczę na studiach MBA i DBA – to taka nowa forma, Doctor of Business Administration. Piszę też książkę (Moja książka "Doktryna jakości"), która jest dostępna w domenie publicznej na mojej witrynie. Zresztą wszystkie moje materiały wykładowe są publicznie dostępne. Taka jest moja misja. Chciałbym, aby jak najwięcej firm zapoznało się z amerykańsko-japońską metodą zarządzania jakością. W przyszłym roku moja książka ukaże się też w druku, ale jednocześnie wciąż będzie dostępna w domenie publicznej.

Czym w tej chwili są dla pana „pączki” – tradycją rodzinną, biznesem czy wręcz obciążeniem dziedzicznym?
 
Chyba wszystkim po trochu. Zająłem się naszą firmą w 1990 r., mając poczucie, że jeśli jej nie rozwinę, to będą ją musiał zamknąć. Firma cukiernicza z tylko jednym punktem sprzedaży nie utrzymałaby się zbyt długo. Na początku myślałem, że tylko firmę zmodernizuję, ale to okazało się niewystarczające. Trzeba było wziąć kredyt na modernizację, więc należało rozbudować rynek. Wtedy produkcja okazała się zbyt mała, więc trzeba było rozbudować produkcję, wtedy rynek okazał się niewystarczający…
 
… i wprowadziliście rozwiązanie franczyzowe…
 
Tak, dlatego wprowadziliśmy franczyzę. To był rok 1992, a my byliśmy pierwszą polską firmą, która wprowadziła model franchisingu. Rozwijanie firmy stało się moim drugim zawodem i jednocześnie… drugą młodością. Bo znalazłem się w sytuacji, w której znów wszystkiego się uczyłem i znów budowałem coś od początku… Z jednej cukierni z czasów PRL-u doszliśmy do 15 placówek w Warszawie i 8 poza stolicą. Traktowałem to jak misję, wiedząc, że za nami bogata tradycja, a przed nami kolejne pokolenia.

Dwa lata temu przekazał Pan „stery” firmy synowi, a sam powrócił do działalności naukowej…
 
… naukowo-dydaktyczno-społecznej, bym powiedział…

Zgoda. Promuje Pan koncepcję TQM – kompleksowego zarządzania jakością. Na czym w skrócie ona polega?
 
Total Quality Management opiera się na trzech filarach. Po pierwsze — ciągłe doskonalenie. Nie można oczyścić wody w Wiśle tylko na jej prawym brzegu. Albo jest cała czysta, albo cała zanieczyszczona. To samo dotyczy firmy ? aby skutecznie doskonalić produkt końcowy, trzeba doskonalić wszystko, a w szczególności społeczne środowisko pracy. I to środowisko, to jest drugi fundament — budowanie partnerskich relacji w firmie m.in. poprzez eliminację wszelkich przejawów współzawodnictwa na rzecz partnerstwa. Nie systemy premiowe, nie kij i marchewka, a odpowiedzialność i motywacje godnościowe. Trzeci filar to racjonalne myślenie. Często jest tak, że niektórych procesów nie rozumiemy, a mimo to staramy się je modyfikować. Tu trzeba odwrócić kolejność – najpierw poznać i zrozumieć, dopiero potem udoskonalać.

Miał Pan okazję sprawdzić TQM w praktyce, np. we własnej firmie?
 
Nie tylko własnej, ale też innych. W praktyce jest zawsze grupa ludzi, która się obawia zmian i to jest naturalne. Jeśli coś ma się radykalnie zmienić, to ludzie zadają sobie pytania: czy ja się odnajdę? Czy moja wiedza i doświadczenie, które mam, będą nadal aktualne? Ludzie się obawiają. Trzeba dać wsparcie i jednocześnie trzeba ich uczyć. Ja też się tego uczyłem z moimi pracownikami. Tak narodził się pomysł na moje wykłady, konwersacje, książkę… Na początku to były tylko materiały dla moich pracowników. Pomyślałem, że skoro jestem nauczycielem akademickim, to muszę to wykorzystać. Pierwszy kurs zarządzania tradycyjnego odbyłem we Francuskim Instytucie Zarządzania, a ponieważ był on dość drogi, robiłem notatki. Potem z tych notatek uczyłem moich pracowników.

Jak polskie firmy zapatrują się na TQM? Przekonują się, czy też wciąż rządzą „marchewka i kij”?
 
Raczej się przekonują, ale nie wszyscy, którzy wdrażają TQM, wprowadzają też motywację godnościową. Choć to bardzo ważne, to jednak wiele firm pozostaje na etapie wdrożeń narzędzi technicznych. Jeśli chodzi o kij i marchewkę, 15 lat temu wszyscy pukali się w czoło, gdy o tym mówiłem. Teraz ludzie podchodzą do mnie po wykładzie i mówią: „my już tak zarządzamy, przeczytaliśmy pana książkę”. Myślę, że w Polsce już kilka tysięcy firm w jakiejś mierze pracuje zgodnie z TQM.

Tylko jak sprawić, by zmotywowanym pracownikiem został zdemotywowany Polak? Czy to możliwe?
 
Trzeba powiedzieć, że firmy wydają ogromne pieniądze na to, by pracowników… demotywować. Systemy premiowe pracowników demotywują, a nie sprawiają, że pracownicy chętniej wykonują swoje zadania. Mają biec w wyścigu szczurów, w którym, aby wygrać, trzeba przede wszystkim eliminować konkurentów. Aby "zrobić wynik", pracownicy podejmują działania, które ja nazywam "grą wojenną". Tę grę firma z reguły przegrywa. Natomiast motywuje dostarczanie radości z pracy, poczucie związku z zespołem. Dlatego też, gdy ja rozpoczynam pracę z firmą, w której motywacja jest problemem, zaczynam od identyfikacji barier jakie pracownicy napotykają w codziennej pracy, a następnie – wraz z pracownikami – staram się je usuwać.

Obecnie nastroje społeczne, delikatnie mówiąc, nie są najlepsze. Czy narzekających na życie można zmotywować do pracy?
 
Tak, choć to nie jest łatwe. Są osoby, które są wręcz traumatycznie źle nastawione do życia. Wypracowały w sobie negatywny model myślenia. Jednak jeśli taka osoba znajdzie w pracy źródło satysfakcji, to nawet mimo widma kryzysu i słabych zarobków, ma poczucie, że dzieje się coś dobrego i bardzo silnie ją to zmotywuje. Nie bez znaczenia jest tutaj wiek. Badania pokazują, że z wiekiem wcale nie maleje zdolność do uczenia się, ale maleje do oduczania się. Ludzie w pewnym wieku mówią, że już za późno na zmiany, że tak już jest, tak musi być i nie chcą się zmieniać.
 
Czy wciąż rządzi przekonanie, że mimo wszystko nadrzędnymi zadaniami firmy są maksymalizacja zysków i minimalizacja kosztów?
 
W wielu firmach tak rzeczywiście jest. Trzeba jednak pamiętać, że to, czy zysk ma być głównym celem firmy, to nie prawo ekonomii, ale sprawa wyboru właścicielskiego. Zauważmy, że wszystkie pieniądze, które przychodzą do firmy, są wydawane na różne wynagrodzenia: na wynagrodzenie pracy, wynagrodzenie dostawców, wynagrodzenie państwa, wynagrodzenie kapitału tymczasowego i kapitału stałego. Zysk, to właśnie koszt wynagrodzenia kapitału stałego wniesionego przez właścicieli. Jednakże, choć zysk nie musi być celem firmy, to zawsze jest koniecznością. Bez zysku firma nie może żyć, tak jak człowiek bez jedzenia. To prawo biologii. Jednak jeśli dla kogoś jedzenie staje się celem życia, to taka osoba najczęściej krócej żyje. Podobnie dzieje się z firmą.

Czy jest coś, czego Pan żałuje?
 
Jak każdy, popełniłem w życiu wiele błędów. Ale to jak z grą w brydża – gdybym wiedział, jaki jest rozkład kart, to bym zagrał inaczej. Jednak nie żałuję najważniejszych decyzji, które często wynikały z przyczyn losowych. Nie dostałem się na elektronikę, ale przez szczęśliwy wybór losu trafiłem na matematykę… W roku 1990 ubiegałem się o kredyt. Miałem ambitny biznesplan, ale kredytu nie dostałem. Dziś ten plan uznaję za nierealny. Gdybym dostał kredyt, to pewnie pewnie miałbym problem z jego spłaceniem. Czasami coś kieruje nas w całkowicie inną stronę, niż byśmy chcieli, a po czasie okazuje się, że jednak los wiedział co czyni.
  

Ciekawość świata

paperMINT — magazyn o książkach, jesień 2012

Rozmawiał Mirosław Mikulski

MM: Pisze pan o sobie – matematyk, informatyk, przedsiębiorca. Czy w pana bibliotece znajdują się wyłącznie książki fachowe czy również literatura piękna?

Czytam sporo, także literaturę piękną i literaturę faktu. W mojej bibliotece mam w sumie około tysiąca tomów. Jeśli zaś chodzi o książki matematyczne, to ten zbiór w zasadzie już się nie powiększa od dwudziestu lat, czyli od czasu kiedy zająłem się prowadzeniem firmy. Natomiast bardzo powiększył się mój zbiór dotyczący zarządzania. Jest tego pewnie ze 200 tomów.

MM: Od kiedy kolekcjonuje pan książki?

Nie mam poczucia, że jestem kolekcjonerem, raczej czytelnikiem, który po przeczytaniu wstawia książkę na półkę. Zbieram je od kiedy zacząłem czytać czyli od sześćdziesięciu lat. Nie wszystko oczywiście przetrwało, te dla dzieci zwykle oddawałem innym, bo w okresie PRL-u trudno było o książki. Potem jako człowiek dojrzały już się ich nie pozbywałem.

MM: Ma pan w swojej bibliotece jakieś białe kruki?

Jeśli kupuję książkę to nie po to, żeby ją mieć, tylko przeczytać. Choć mam jedną cenną książkę wydaną w Paryżu w roku 1692: „Les Oeuvres de Monsieur le Chevalie de Méré” (Dzieła pana Kawalera de Méré). Oprawny w skórę tomik zawiera listy autora do „Monsieur de Balzac” — być może jakiegoś przodka słynnego Honoré de Balzac — a także do „Monsieur Pascal”, w tym przypadku zapewne Blaise Pascal, gdyż list jest poświęcony matematyce. Ale białych kruków w zasadzie nie mam. No może jeszcze poza „Dziejami Zgromadzenia Cukierników Miasta Stołecznego Warszawy” wydaną w roku 1917 w Warszawie a napisaną przez mojego dziadka Antoniego Wiesława Bliklego, syna założyciela naszej firmy.

MM:  Ma pan bardzo szerokie zainteresowania – od filozofii, historii Polski i filmu, aż po windsurfing i ski-alpinizm…

O filmie mam tylko kilka książek, głównie o Andrzeju Wajdzie, bo filmy zwykle oglądam, a ski-alpinizm i surfing uprawiam. Zawsze bardzo ciekawiła mnie historia, a najbardziej czasy powstań – kościuszkowskiego, listopadowego i styczniowego. Zacząłem studiować ten okres w okresie stanu wojennego. Chciałem zrozumieć dlaczego Polska, taki duży i silny kraj, utraciła niepodległość, a na przykład maleńka Dania nie została podbita przez sąsiadów. Zacząłem od Pawła Jasienicy, przeczytałem wszystkie jego książki, znalazłem też dwie interesujące pozycje wydane w Krakowie jeszcze w czasach zaborów. Jedna była poświęcona powstaniu kościuszkowskiemu, a druga listopadowemu. To bardzo ciekawe książki. Potem czytałem Jerzego Łojka oraz najnowszą historię pióra braci Karpińskich. Jakub Karpiński był moim bliskim przyjacielem, jednym z czołowych pisarzy i filozofów podziemia w PRL-u. Publikował także jako Marek Tarniewski w bibliotece paryskiej Kultury m.in. „Płoną komitety”.  Także dzieła Wojtka Karpińskiego były dla mnie ważne. Ucząc się naszej historii przeczytałem m.in. „Boże igrzysko. Historia Polski”  Normana Davisa. Przeczytałem ją od razu, kiedy została wydana w Anglii, a było to w latach osiemdziesiątych. W Polsce była wtedy na czarnej liście i nie mogłem jej legalnie sprowadzać. Przebywałem wtedy przez trzy miesiące w Danii i mój przyjaciel przysłał mi ją tam z Londynu. Przeczytałem i byłem pod wielkim wrażeniem. Ale moim zdaniem to raczej esej napisany dla ludzi znających historię Polski niż podręcznik.

MM: A beletrystyka?

Lubię klasykę. Mam swoich ulubionych autorów i czytam wszystko co napisali. Bardzo lubię np. Jacka Hugo-Badera, to niezwykle inspirująca literatura faktu. Powieści czytam czasami po dwie na raz. Cenię Gabriela Garcię Marqueza. Teraz kończę jego „Życie jest opowieścią”, wcześniej czytałem „Sto lat samotności” i „Miłość w czasach zarazy”. Widziałem film, ale w powieści historia jest barwniej opowiedziana. Często po przeczytaniu książki nie jestem w stanie powtórzyć nazwisk bohaterów, ale pamiętam obrazy. „Miłość w czasach zarazy” jest tak intensywna, że nawet po obejrzeniu filmu przed oczyma mam te, które mi się wyświetlały w czasie czytania książki, a nie te filmowe. Marquez to dla mnie ważny autor.

Ostatnio coraz więcej książek słucham niż czytam. Czytam zwykle do poduszki, a do podróży samochodowych zacząłem kupować audioksiążki. A ponieważ trochę jeżdżę z wykładami po kraju, więc dużo słucham. Zacząłem jakiś rok temu, odsłuchałem już „Wojnę i pokój”, „Annę Kareninę”, „Zbrodnię i karę”, „Potop”, „Noce i dnie”, „Odwrotną stronę księżyca” i „Małą apokalipsę” Konwickiego, dwie książki o Stefanie Mellerze Michała Komara, a nawet „Historię filozofii” Tatarkiewicza. W sumie juz pewnie kilkadziesiąt tytułów.

MM: Historii filozofii chyba ciężko się słucha?

Wręcz przeciwnie. Miałem zwichnięte kolano i słuchałem jej nawet podczas rehabilitacji. Słucham wszędzie tam, gdzie nie mogę robić niczego innego. Okazuje się, że mamy mnóstwo czasu. Ostatnio wysłuchałem też dwóch powieści Josepha Conrada – „Jądro ciemności” i „Smuga cienia”. To naprawdę zadziwiające, ile czasu człowiek traci na nic nierobienie. Dopiero teraz przekonałem się o tym, co można robić jadąc samochodem, pociągiem czy czekając w urzędzie albo na wizytę u dentysty. 

MM: Po roku 1989 zajął się pan biznesem. Zapewne dużo czasu poświęca pan na czytanie książek z zakresu zarządzania?

Urodziłem się w rodzinie cukierniczej, ale rzeczywiście w sposób niespodziewany dla siebie zająłem się prowadzeniem firmy. I wtedy zacząłem się uczyć zarządzania. Nie było to proste, bo na początku nie było się od kogo uczyć, a książki, które pojawiały się na polskim rynku były często przypadkowe i mało interesujące. W pewnym momencie, chyba w 1995, spotkałem się z Jimem Murrayem, który był moim pierwszym nauczycielem zarządzania jakością. Podarował mi wtedy książkę na ten temat, którą mam do dziś. To „Fourth Generation Management” Briana Joinera. Nie było jeszcze Amazon i żeby coś kupić trzeba było jechać zagranicę. No i jeszcze wiedzieć o co pytać. Tak się szczęśliwie złożyło, że w tym czasie co roku w Anglii odbywały się konferencje poświęcone zarządzaniu jakością i zawsze towarzyszyły im targi książek. Przywoziłem za każdym razem po kilkanaście tytułów. Zapełniłem nimi kilka metrów półek. Były oczywiście po angielsku, czytałem je, robiłem notatki, a potem prowadziłem wykłady dla moich pracowników. Z tego powstała moja książka „Doktryna jakości”, którą od kilku lat udostępniam w domenie publicznej, m.in. na mojej witrynie www.moznainaczej.com.pl.

MM: Dużą wagę przywiązuje pan do udostępniania swojej wiedzy innym i to bezpłatnie. Z internetu można za darmo ściągnąć pana książkę „Doktryna jakości”. Nie jest to zjawisko powszechne…

Jestem stanowczo przeciwny piractwu, bo to kradzież, ale jestem też zwolennikiem bezpłatnego udostępniania wiedzy innym, co wcale nie musi wiązać się ze stratą dla autora. Mam swoją misję i chcę promować w Polsce metodę kompleksowego zarządzania jakością. To że moja książka rozchodzi się przez Internet, powoduje, że pewnie więcej jej sprzedam w formie tradycyjnej, gdy się ukaże. Ale to nie dla tego ją udostępniam.

MM: Można więc połączyć misję z biznesem? 

Uważam, że tak. Paulo Coelho już to nawet udowodnił. Jedną ze swoich książek wydrukował początkowo w dwóch tysiącach egzemplarzy, a potem udostępnił za darmo w Internecie i sprzedał w Rosji w nakładzie kilkuset tysięcy. Ale mojej nie udostępniałem z tą myślą. Chcę propagować ideę zarządzania jakością. Mam też z tego inne, niematerialne korzyści. Czytelnicy przesyłają mi masę uwag na temat tego, co napisałem, od poprawiania prostych literówek (których było chyba kilkaset), aż po ciekawe uwagi merytoryczne, komentarze, wskazówki. Dzięki temu książka ciągle się aktualizuje. Czasami zamieszczam teksty, które od nich dostaję np. w ubiegłym roku otrzymałem od Zbigniewa Bujaka bardzo ciekawy tekst o zarządzaniu dużymi organizacjami państwowymi, takimi jak służba celna czy policja.

M.M: Jakie tytuły teraz czekają w pana biblioteczce na to, że je pan przeczyta?

Jest ich sporo. Pierwsza w kolejce, którą zresztą już zacząłem czytać, to „…mimo wszystko, wywiadu rzeki księga druga” — rozmowa Michała Komara z Władysławem Bartoszewskim.

Sama wiedza to za mało — rzecz o nauczaniu

Pomorski Przegląd Gospodarczy, 4/2012 (55) grudzień 2012 roku.
Rozmowę prowadził Leszek Szmidtke

Leszek Szmidtke: Zagraniczni pracodawcy działający w Polsce chwalą absolwentów naszych uczelni. Polscy pracodawcy narzekają natomiast, że są oni źle przygotowani do wejścia na rynek pracy. Kto ma rację?

Andrzej Blikle: Bez szczegółowych badań trudno wyjaśnić ten paradoks. Łatwiej wytłumaczyć, dlaczego młodzi Polacy wyjeżdżający do innych krajów i tam podejmujący pracę mają dobrą opinię – są to zazwyczaj osoby bardziej dynamiczne oraz lepiej wykształcone.

L.S. Trwająca w ostatnich tygodniach dyskusja o fabrykach bezrobotnych – jak nazywa się uczelnie – właściwie oddaje istotę problemu, po co gospodarce są uczelnie?

A.B. Jeżeli ograniczymy rolę uczelni do rynku pracy, to rzeczywiście — przede wszystkim mają one dostarczać wiedzy oraz umiejętności, dzięki którym absolwenci znajdą pracę. Dlatego też kierunki techniczne i biznesowe powinny uwzględniać obecne i przyszłe wymagania rynku. Nie możemy jednak pomijać pozostałych ścieżek kształcenia, na przykład społecznych czy humanistycznych. Ich absolwenci też są potrzebni szeroko rozumianej gospodarce, w której wszystko się przenika i jest ze sobą powiązane. Ten etap edukacji ani nie rozpoczyna, ani nie kończy procesu uczenia się. Powinniśmy uczyć się przez całe życie — przecież w pracy też to robimy. Jeżeli właściciel firmy kupi nowe maszyny lub wdroży nowe technologie, to musimy się nauczyć ich obsługi. Na przełomie XIX i XX wieku, inżynierowie kończący Wyższą Szkołę Wawelberga mieli wykształcenie na całe życie. Teraz wiedza zdobyta na uczelni wystarcza zaledwie na kilka pierwszych lat i należy ją nieustannie poszerzać, modyfikować lub czasami nawet znacząco zmieniać. A niezależnie, wiedzę akademicką należy przełożyć na praktykę konkretnej firmy.

L.S. Kształci Pan studentów na kilku uczelniach i równocześnie nadal jest pan pracodawcą. Czego pan oczekuje od zatrudnianych ludzi?

A.B. Obecnie jestem wiceprzewodniczącym rady nadzorczej, gdzie przewodniczącym jest mój syn. Ja ludzi do pracy przyjmowałem przez 20 lat na przełomie XX i XXI wieku. Wychodziłem wówczas z założenia, że skoro we wczesnych latach 1990. nie było na rynku np. kierowników sprzedaży, to osoby podejmujące się tej funkcji będą musiały wszystkiego się nauczyć. Dlatego nie miało dla mnie znaczenia, jaki skończyli kierunek studiów. Technolodzy natomiast musieli wykazać się doświadczeniem. Zatrudnialiśmy też studentów Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego nie posiadających jeszcze dyplomu. Po ukończeniu studiów, mając też niezbędne doświadczenie, znajdowali u nas pracę. Dlatego dobrym pomysłem są praktyki w firmach. Niestety, nie zawsze są poważnie traktowane zarówno przez uczelnie, jak i przedsiębiorstwa, w efekcie czego niekiedy studenci snują się bezcelowo po korytarzach. Obecnie uczę zarządzania na różnych poziomach kształcenia, także słuchaczy MBA oraz DBA (Doctor of Business Administration). Widzę, że studenci oczekują praktycznej wiedzy o zarządzaniu i na tym się koncentruję. Nie można jednak zapominać o podstawach teoretycznych. Często obserwuję popadanie w skrajność i koncentrowanie się wyłącznie na praktyce kosztem wiedzy ogólnej. Tymczasem kumulowanie doświadczenia i jego twórcze wykorzystywanie muszą być oparte na solidnych fundamentach.

L.S. Cała edukacja, a w szczególności studia, powinny wykształcić ciekawość, chęć uczenia się — takie są w każdym razie teoretyczne założenia. W praktyce często spotykanym zarzutem jest zabijanie w szkole i na uczelniach takiego twórczego poszukiwania.

A.B. Jedną z wartości wyniesionych ze szkół powinna być umiejętność uczenia się. Należy też pamiętać, że „wiedzieć” i „umieć” to dwie różne rzeczy. Wiedza jest niezbędna do wytworzenia kwalifikacji, ale bez umiejętności jej zastosowania w różnych sytuacjach i jej dopasowania do zmieniających się wydarzeń, pozostanie niewykorzystana.

L.S. Szkolnictwo wyższe od lat jest krytykowane i często słyszymy, jak powinny wyglądać reformy, skąd czerpać wzorce itp. Zmiany są jednak powolne.

A.B. Szkolnictwa wyższego nie da się zreformować przy pomocy prostych działań. Trzeba zacząć od zmiany systemu oceniania. Oparcie prawie wszystkiego na egzaminach testowych jest błędną drogą. Pamiętam, jak na ubiegłorocznym Kongresie Obywatelskim rozmawialiśmy na ten temat i nauczyciele biorący udział w panelu edukacyjnym mówili, że rodzice domagają się dobrego przygotowania do testów, gdyż wtedy ich dzieci dostaną się na studia. Nadmierne przywiązanie do testów jest nie tylko problemem uczelni wyższych, ale także całego systemu edukacyjnego. Na podstawie testów rozlicza się ucznia, studenta, nauczyciela, profesora, szkołę i uczelnię. Chcę też zwrócić uwagę, że w całym procesie dydaktycznym od szkoły do uczelni stawia się nacisk na „pracę samodzielną”, całkowicie pomijając kształcenie umiejętności pracy zespołowej. Szkoły i uczelnie powinny w szerszym stopniu uczyć poprzez realizację projektów. Podejście takie występuje w Wielkiej Brytanii, gdzie obserwowałem np. zadanie polegające na zaprojektowaniu i zbudowaniu przez uczniów roweru. Na początku musieli się oni wielu rzeczy nauczyć i wiele zrozumieć. Dopiero wtedy zabierali się za budowę. Uczyli się chętniej, gdyż rozumieli, do czego im ta wiedza będzie potrzebna. Jednocześnie nabywali umiejętności pracy zespołowej, co wciąż jest nieobecne w szkołach polskich. Absolwenci rodzimych szkół wyższych nie potrafią pracować razem, chociaż w niektórych uczelniach programy już są w tym kierunku modyfikowane. Zmiana w sposobie oceniania powinna też polegać na weryfikowaniu i ocenianiu tego co student potrafi, a nie tego co wie. Internet oraz biblioteki zawierają olbrzymie ilości wiedzy, możemy nawet mówić o pewnym przesycie ilości źródeł informacji. Dlatego ważniejsza jest umiejętność szukania i wykorzystywania wiedzy niż samo jej posiadanie. Co z tego, że będę świetnym rozwiązywaczem testów, skoro nie potrafię tego wykorzystać w praktyce. Nasze uczelnie potrzebują zatem więcej praktyków, którzy będą w stanie przybliżyć problemy zarządzania, marketingu itd.

L.S. Uczelnie nie mogą sobie poradzić z błędami wcześniejszych etapów edukacji, czy może właśnie szkolnictwo wyższe jest najsłabszym ogniwem całego systemu?

A.B. Myślę, że przede wszystkim szkolnictwo wyższe wymaga reformy. Szczególnie kierunki bliżej związane z gospodarką muszą stać się bardziej projektowe i zespołowe. Wymaga to większego wysiłku od wykładowców, ale ograniczy to powszechne posługiwanie się nie swoim dorobkiem przez studentów. Prowadząc zajęcia i rozdzielając projekty wśród moich słuchaczy nie mam oczywiście gwarancji, że ktoś nie będzie chciał łatwym kosztem na plecach innych zaliczyć udział w projekcie. Zwiększa się jednak wówczas odpowiedzialność samych studentów za końcowy kształt pracy. Poza tym, jeżeli ktoś nie chce się uczyć, to nie będę go do tego zmuszał. Ważne jest też, żeby studenci wiedzieli, po co przyszli na zajęcia. Wykłady na MBA bardzo odbiegają od tego co zazwyczaj spotykam w szkołach wyższych nie tylko dlatego, że słuchacze mają doświadczenie praktyczne. Ważniejsza jest nawet może motywacja, chęć nauki.

L.S. W Polsce istnieje ponad 400 wyższych uczelni, z tego jedna czwarta to uczelnie państwowe. Dlaczego wśród prywatnych szkół jest tak mało wybitnych, zdolnych do konkurowania z najlepszymi publicznymi?

A.B. Kiedy mamy do czynienia z masowym produktem, to cierpi jakość. W USA są znakomite uczelnie, ale przeciętny poziom nie jest wysoki. Uniwersytet Stanforda lub MIT nie są wcale reprezentatywne dla ogółu amerykańskiego szkolnictwa wyższego. Nasz problem polega na tym, że nawet najwybitniejsze polskie uczelnie są dopiero w czwartej setce światowych rankingów.

L.S. Co zrobić żeby podnieść poziom absolwentów?

A.B. Przede wszystkim zwiększyć udział zajęć warsztatowych, projektowych. Takie umiejętności na pewno poprawią ich szanse na rynku pracy. Polskie uczelnie potrzebują też liczniejszej i lepiej przygotowanej kadry naukowej. Profesorowie – szczególnie na kierunkach związanych z gospodarką – muszą inaczej traktować studentów. W procesie dydaktycznym podmiotem powinna być grupa, składająca się oczywiście z poszczególnych ludzi. I właśnie zespół tych ludzi ma być prowadzony przez profesora. Mniej wykładów, a więcej takiej interakcji ze studentami.

L.S. Stawia pan wysokie wymagania kadrze naukowej. Tymczasem z samego środowiska akademickiego słychać głosy o poważnych mankamentach warsztatowych, społecznych, a nawet moralnych.

A.B. Nie chcę oceniać polskiej kadry naukowej. Uczelnie natomiast powinny być miejscem gdzie kształtuje się postawy. Wykład o tym, że trzeba być uczciwym i zaangażowanym, nie ma większego sensu. Wzorce etycznego i zaangażowanego zachowania trzeba kształtować przez tworzenie odpowiednich sytuacji społecznych. Doskonałym polem do takich działaś są społeczne organizacje oparte na pracy ochotników. Bardzo wielu młodych ludzi potrafi poświęcić się im bez reszty. Trzeba im tylko dać szanse stawiając konkretne i osiągalne cele. Jeżeli zabraknie takich inicjatyw, nierzadko pojawia się zjawisko zwane anomią manifestujące się powszechnym przyzwoleniem w danej społeczności na działania nieetyczne. Dokładnie mówiąc, anomia polega na tym, że w ramach jakiejś społeczności ludzie uzgadniają jakie przekroczenia norm etycznych są społecznie akceptowalne.

L.S. Obserwuje Pan anomię na uczelniach?

A.B. Jeżeli studenci kupują prace magisterskie, jeżeli pracownicy naukowi robią plagiaty na poziomie habilitacji, to mamy do czynienia z takim zjawiskiem. Bardzo dużo zależy od tego, co wyniesie się z domu, jednakże czas jaki młody człowiek spędza w szkole też trzeba wykorzystać na kształtowanie postaw. Warunkiem jest odpowiednie przygotowanie i świadomość wpływu, jaki wywiera się na uczniów, a później studentów. Profesor Zbigniew Pełczyński - twórca szkoły liderów i wykładowca w Oxfordzie - opowiadał o swoim zdziwieniu na przyzwolenie ściągania w polskich szkołach. W angielskich jest to niespotykane by wywołuje natychmiastowy sprzeciw społeczny. Trzeba więc i u nas budować etos sprzeciwu na tego typu postaw. Nie można stwarzać warunków, które zachęcają do nieuczciwości i eliminować absurdy. Jeżeli student na uczelni będzie musiał oszukiwać żeby omijać różne niedorzeczne przepisy lub zachowania wykładowców, to będzie powtarzał takie zachowania również na dalszych etapach życia.

Komunistyczny profesorek

Metro, październik 2012

Rozmawia Alicja Bobrowicz

[Wyjaśnienie genezy wywiadu: Na początku października 2012 wystąpiłem w dłuższej panelowej dyskusji w radio TOKFM na temat polskiego systemu nauczania na różnych poziomach. W czasie tej dyskusji powiedziałem m.in. że gdy wykładam studentom na kierunku zarządzanie, to mam lepszy kontakt ze studentami zaocznymi, a w tym studentami MBA, niż z dziennymi. W reakcji na tę wypowiedź pojawiły się na onet.pl niezwykle ostre ataki na moją osobę. Jeden z internautów nazwał mnie komunistycznym profesorkiem, który tytuł otrzymał za wysyłanie darmowych pączków do Komitetu Centralnego PZPR.]

AB: Naraził się Pan studentom dziennym. Internauci nie zostawili na panu suchej nitki.

Ale skąd to oburzenie? I ten „komunistyczny profesorek”, „pączki dostarczane do KC”... Zupełnie nie rozumiem, czym tak zawiniłem.

AB: Może po prostu żaden profesor do tej pory nie mówił publicznie, że studenci zaoczni są lepsi od dziennych?

Tylko, że ja wcale nie powiedziałem, że są lepsi czy zdolniejsi. Powiedziałem, że mam z nimi lepszy kontakt. Nie wiem, jacy są studenci innych kierunków. Wykładam zarządzanie i, kiedy tłumaczę mechanizmy prowadzenia biznesu widzę, że zaocznym studentom wyświetlają się w głowach sytuacje z ich firm. Są aktywni, rozmawiają ze mną, dopytują. Mówią np. „teraz już rozumiem, dlaczego w mojej firmie coś idzie nie tak”. Dla studentów dziennych, którzy o firmach wiedzą tyle co usłyszeli od rodziców, wykład z zarządzania jest taką sama abstrakcją jak ten z biologii czy geometrii. I nie można mieć o to do nich żalu. Ale dlaczego ktoś ma żal do mnie, że wolę pracować z aktywnymi studentami?

AB: Nie czuje Pan, że powiedział coś na przekór utartemu przekonaniu, że na studia zaoczne idą ci, którzy nie dostali się na dzienne?

Nie i stąd moje zdziwienie. Nie sądziłem, że mówię coś kontrowersyjnego. Jestem wykładowcą dojeżdżającym, nie przebywam na co dzień na uczelni. Może coś przegapiłem. Choć, kiedy rozmawiam z kolegami profesorami nie mam poczucia, żeby ktoś patrzył na studentów zaocznych jak na gorszych czy mniej zdolnych.

AB: A dla przedsiębiorcy tryb w jakim się studiowało ma dziś znaczenie?

Trudne pytanie. W mojej firmie liczył się kierunek studiów i uczelnia. Sam pochodzę ze środowiska akademickiego i wiem, gdzie jak się wykłada. Zatrudniam np. absolwentów technologii żywienia z SGGW i to studiujących dziennie. Ale nie oszukujmy się, same studia to dziś mało, dla pracodawcy kluczowe jest doświadczenie zawodowe.

Podkategorie

Wywiady z Andrzejem Blikle opublikowane w mediach w 2014 r.

Wybrane wywiady

RSS