Logogram strony

Myśliciel A.Rodin

Rozmiar tekstu

Jacek Santorski, Dobre życie, Jarosław Szulski @ Co Dom Wydawniczy; 2010

Ocena użytkowników: 0 / 5

Star InactiveStar InactiveStar InactiveStar InactiveStar Inactive

W miejsce typowej recenzji tej książki zamieszczam moją korespondencję z jej autorem.

Drogi Jacku,

Właśnie zakończyłem słuchanie Twojej znakomitej książki „Dobre życie” w wersji audio. Słuchałem jej wpierw w drodze samochodem z Puszczy Piskiej do Warszawy i z powrotem, a następnie podczas rowerowych podróży po tejże puszczy. Jak zwykle wyniosłem z Twojego przesłania wiele nowych myśli, a także okazje do przemyślenia raz jeszcze tego, co nie było mi już obce. Dziękuję Ci za „Dobre życie”, a w rewanżu przyjmij kilka moich (niekoniecznie poważnych) refleksji.

Temat wakacyjnych romansów przypomniał mi refren pewnego przedwojennego szlagieru, który w całości można wysłuchać na You Tube w znakomitym wykonaniu Hanny Banaszak:

Mam ochotę na chwileczkę zapomnienia,
Na miłosny czarujący Zwischenruf,
Który niczego nie narusza i nie zmienia,
Bez zobowiązań przysiąg wielkich słów…

Ja znam też inną w wersję dwóch ostatnich wierszy:

Który nic nie narusza i nie zmienia,
A po nim do rodzinki wracasz znów.

Gdy piszesz o treningu uważności zalecasz — zgodnie z regułą Zen, w którą też głęboko wierzę — zasadę „tu i teraz”. Jeżeli maszerujesz przez las, to nie ze słuchawkami na uszach, ale wsłuchując się w siebie. I tu zdałem sobie sprawę, że właśnie pedałuję na rowerze słuchając Twojej książki. Trochę zrobiło mi się głupio, ale pocieszyłem się konstatacją, że skoro Ty możesz słuchać w lesie Jacka Santorskiego, to dlaczego ja nie mógłbym robić tego samego.

Ponadto, na kursie szybkiego czytania dowiedziałem się, że nasz mózg „nudzi się”, gdy czytamy w tempie czytania na głos. Stąd często, gdy czytamy, to jednocześnie myślimy o czymś. I jedno drugiemu nie przeszkadza. Wiem, że to wbrew regułom Zen, ale to dla mnie bardzo efektywny sposób na czytanie (słuchanie) książek. Gdy tylko czytałem, miałem średnią 5-6 książek rocznie. Od kiedy zacząłem słuchać „przerabiam” 20-30 tytułów w tym samym czasie. A gdy mnie coś szczególnie zainteresuję, to później kupuję drukowaną wersję, aby łatwiej cytować ciekawe myśli. Twoją też kupię.

Słuchanie na rowerze wydłużyło też moje trasy z 20 km do 40 km. Bo ile można z sobą rozmawiać? Ale to oczywiście żart. Bardzo cenię zasadę „tu i teraz”, którą sam praktykowałem u mojego mistrza Raschi Daido Loro. Słucham więc w samochodzie i na rowerze. W pociągu już nie, bo tam można pracować. I tak dochodzimy do Twojej supozycji, że pierwszą klasą jeżdżą często/głównie snoby. No więc niech będzie, poddaję się, ale w pierwszej klasie pociągu mogę pracować znacznie bardziej efektywnie, niż w drugiej. Zwykle jest mniej ludzi i więcej z nich pracuje zamiast gadać. A i miejsce obok mojego bywa nierzadko wolne, więc mogą tam ulokować teczkę, która służy mi jako podręczny stolik.

W jednym z rozdziałów mówisz o teściowej żony. Otóż w zasadzie teściową ma tylko mąż, a żona ma świekrę. Ale kto dziś pamięta o świekrze?!

Gdzie indziej piszesz o stresie. Pierwsza książka, którą przeczytałem na ten temat to Managing Stress: The Challenge of Change, autorstwa Rogera Derek’a, profesora psychologii na uniwersytecie w York. Czyni on różnicę pomiędzy napięciem — który jego zdaniem jest naturalnym stanem obronnym — oraz stresem, który Derek określa jako stan uciążliwego powracania myślami do zdarzeń z przeszłości (np. śmierć drogiej osoby) lub z przyszłości (np. czekająca nas operacja). Ale wnioski i rady w sprawie walki ze stresem obaj formułujecie bardzo podobne.

Wielką zaletą Twojej audioksiążki jest Twój w niej głos. Niestety, gdy inicjatywę przejmuje lektor, przychodzi rozczarowanie. Ty mówisz, on czyta. Ty ważysz słowa i dajesz słuchaczowi czas na refleksję, od czyta tak szybko, że wielokrotnie miałem wrażenie, iż mój telefon przełączył się na szybszy tryb odtwarzania. Nieraz też przyłapałem się na uczuciu, że to, co czyta lektor, to już nie Twoje słowa. Czy myślałem kiedyś o tym, aby w całości nagrywać Twoje książki? Wiem, że to dużo pracy, ale z drugiej strony to tylko kilka do kilkunastu godzi.

A na sam koniec jedna uwaga językowa, której — mam nadzieję — nie weźmiesz mi za złe (czy powiedziałem to zgodnie z zasadami Gestalt?). Otóż Ty i Twój lektor — jak zresztą cała Polska — słowo „standard” wymawiacie z twardym „d” na końcu, podczas gdy prawidłowe jest użycie miękkiego dźwięku, a więc „t”. Piszemy „standard”, ale mówimy „standart”. To stanowisko wyraziła już dość dawno Rada Języka Polskiego.

Odpowiedź Jacka Santorskiego

Dziękuję Jacku, kilka lat za ten standarD oberwałem od Krzysztofa Zanussiego. Będę uważał. Kolejną książkę "Siła spokoju, którego nie ma", którą piszę z Jarkiem Szulskim — przeczytamy osobiście
j

Łukasz Andrzejewski, Polityka nowo-tworowa, pamiętnik praktyczno-teoretyczny, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2012

Ocena użytkowników: 0 / 5

Star InactiveStar InactiveStar InactiveStar InactiveStar Inactive

Autor książki jest młodym filozofem, który w wieku 23 lat zachorował na nowotwór. Jak sam pisze o swojej książce, nie jest ona pamiętnikiem walki z chorobą. To raczej filozoficzny esej na temat społecznych i emocjonalnych uwarunkowań osoby chorej. O tym jak bardzo człowiek chory na raka może czuć się samotnym, zarówno w czasie szpitalnego leczenia, jak i poza nim. Samotny emocjonalnie, bo lekarze na rozmowy nie mają zbyt dużo czasu, a bliscy nie zawsze potrafią o chorobie rozmawiać. Tymczasem (s. 37): „Emocje w chorobie nowotworowej to sprawa nie tylko dla uzupełniającej opieki psychoonkologicznej, lecz jeden z głównych elementów samego procesu leczenia”.

Ale jest też i samotność informacyjna (s.29): „Dominującym doświadczeniem pierwszych tygodni, oprócz strachu, jest brak wyczerpujących informacji”. Tę, sami chorzy wspomagani przez specjalistów dobrej woli starają się wypełniać tworząc fora społecznościowe. jak np. Forum Onkologiczne.

Postawa, z którą chorzy onkologicznie spotykają się najczęściej, jest współczucie, jednakże (s. 45): „Współczucie jest postawą bezpieczną, bo stanowi alibi dla braku realnych działań”.

Książka Łukasza Andrzejewskiego jest ważnym apelem o zauważenie przez społeczeństwo i państwo społeczności chorych onkologicznie, którzy potrzebują wielorakich form wsparcia oraz zrozumienia i to nie tylko w obszarze medycznym. Być może jakiejś odpowiedzią na te oczekiwania udzieli niedawno powstała Polska Liga Walki z Rakiem.

Jacek Santorski, Ludzie przeciwko ludziom — czyli jak żyć we współczesnej Polsce, FS & Co, Warszawa 2011

Ocena użytkowników: 0 / 5

Star InactiveStar InactiveStar InactiveStar InactiveStar Inactive

Pod tym przewrotnym tytułem Jacek Santorski ukrył opowieść o tym, jak żyć z ludźmi i dla ludzi. Opowieść, w której jest narratorem i mentorem, rozmawia z wieloma osobami, wsłuchuje się w ich emocje i pomaga im nie dać się uwieść.

Pierwsza część jest poświęcona oddzielaniu się „od rodziców, rodziny, pierwszych autorytetów”. Ale to „oddzielanie” to tylko pretekst to opowiedzenia, jak stać się samodzielnym, ale nie samotnym, odpowiedzialnym za siebie i innych, ale już od nich niezależnym. Na jednym ze swoich wykładów Jacek powiedział , że aby być sobą, trzeba być kimś. Cytuję ten aforyzm często, bo niezwykle trafnie ujmuje ważną prawdę, że autentyczność i idąca za tym wiarygodność, wymagają otwartości. Temu właśnie jest poświęcony drugi rozdział książki.

Jednakże z otwartością wiąże się problem granicy własnego „ja”, a także strategia dysponowania własną osobą dla dobra wspólnego i osobistego. Dla nas Polaków to też dylemat wyboru pomiędzy patriotyzmem heroicznym, a tym codziennym — pozytywistycznym.

Wiele jest ważnych myśli w tej książce, ale trudno je streścić, bo Jacek buduje wokół nich klimat, który nie poddaje się skrótom. Tę książkę trzeba po prostu przeczytać. Inaczej nie da się jej poczuć.

Marek Piotrowski, Od TQM do "żandarma", czyli pod prąd

Ocena użytkowników: 0 / 5

Star InactiveStar InactiveStar InactiveStar InactiveStar Inactive

Książka dra Marka Piotrowskiego stanowi krytyczną analizę stanu polskiej oświaty, która coraz bardziej oddala się od przyjętej w latach 1990. koncepcji szkoły TQM-owskiej.  Badaczom obszaru edukacji oferuje obszerny materiał faktograficzny, w tym i statystyczny, a dla takich czytelników jak ja — sympatyków i po części praktyków dydaktyki odwołującej się do wartości — dostarcza niemałej inspiracji. W moich refleksjach o książce pominę więc część analityczną, która dokumentuję drogę regresu polskiej oświaty, a skupię się na tym co natchnęło mnie nową myślą, czy też wzbogaciło moją dotychczasową wiedzę.

Pierwszej inspiracji dostarcza hasło ewidencja braków jako określenie pewnego nurtu w polskiej szkole coraz bardziej oddalającej się od idei „szkoły z klasą”. Ewidencja braków to oczywiście synonim szczególnego myślenia o systemie ocen zarówno uczniów, jak i nauczycieli, a także szkoły. Ten paradygmat wiąże się ze zjawiskiem określanym w książce jako neoliberalne uwikłanie edukacji, które prowadzi do podziału społeczeństwa na trzy kategorie istotne z punktu widzenia potrzeb globalnych korporacji (cytuję):

  1. gorliwych, nierefleksyjnych i wydajnych producentów (tylko ci absolwenci mają rozumieć zjawiska zachodzące w przyrodzie i społeczeństwie na tyle, aby zoptymalizować produkcję i sprzedaż),
  2. namiętnych i nienasyconych konsumentów,
  3. ludzi wybrakowanych.

Kolejnym źródłem inspiracji było dla mnie zagadnienie sprawiedliwego oceniania. Szkoły starają się wywiązywać z tego obowiązku przy pomocy systemu standardów takich jak Wewnątrz Szkolny System Oceniania i Przedmiotowe Systemy Oceniania stosowanych zgodnie z zasadą, że „każda ocena powinna być uzasadniona na podstawie dokumentacji szkolnej”. Mnie jednak rodzi się w tym miejscu podstawowe pytanie czy skala sprawiedliwy-niesprawiedliwy jest w ogóle właściwą skalą pomiaru. Czy nie właściwszą byłaby skala skuteczny-nieskuteczny, gdzie skuteczność oznacza stopnień przygotowania człowieka do życia i pracy w społeczeństwie.

Zastanówmy się bowiem, kiedy powstaje pytanie, czy ocenianie jest sprawiedliwe. Chyba przede wszystkim wtedy, gdy ocena jest podstawą do decyzji — karać czy nagradzać. I rzeczywiście szkolne oceny do tego głównie służą. A skutki tego stanu rzeczy są dobrze znane, choć niewiele osób zdaje sobie sprawę z ich przyczyn. Uczeń, który pracuje dla stopnia, ściąga i plagiatuje, co zresztą robią też studenci, doktoranci, a nawet naukowcy wszystkich szczebli (patrz Stargetowana nauka). Natomiast szkoła (sprawiedliwie!) oceniana według wskaźników maturalnych woli słabszych uczniów do matury nie dopuścić, by nie ryzykować obniżenia czy to „wskaźnika zdawalności” (stosunek liczby absolwentów, do liczby dopuszczonych) czy też średniej z ocen. Zresztą zyskują też na tym finansowo, bo uczeń pozostaje w szkole o rok dłużej.

System „sprawiedliwych ocen” — na co również zwraca uwagę autor — przyczynia się też do społecznie dalece niesprawiedliwej segregacji uczniów na lepszych i gorszych. Bo dlaczego ci mniej zdolni, uczący się wolniej, lub nie mający odpowiedniego zaplecza w domu, mają czuć się gorsi. To rodzi jedynie poczucie krzywdy, bunt i wszelkie szkolne oszustwa.

Pewnym krokiem w dobrym kierunku może być natomiast zmiana przedmiotu oceny. Zamiast oceniać poziom, oceniamy postęp. To stara konfucjańska zasada wyrażająca się maksymą: nie oczekuj perfekcji, oczekuj postępu. Lecz i tu zamiast postęp oceniać może lepiej skupić się na jego wspomaganiu. Bo przecież o to w rzeczywistości chodzi.

Osobiście jestem za takim paradygmatem oceniania, który służyłby ustaleniu w czym uczniowi, nauczycielowi lub szkole należy pomóc by lepiej realizowali swoje zadania. No i przede wszystkim — o czym pisze autor książki — trzeba pamiętać, że skuteczność szkoły leży w sposobie nauczania, a nie w systemie ocen.

Pisząc o sposobach nauczania autor przytacza obrazową anegdotę związana z rozmową przeprowadzoną w roku 1900 pomiędzy organizatorem nowoczesnej (100 lat temu!) szkoły a dostawcą ławek. Oto co powiedział ów mądry stolarz po wysłuchaniu koncepcji nowej szkoły: „Obawiam się, że nie mamy tego, czego panu potrzeba. Pan chce ławek, przy których dzieci mogłyby pracować, a te są tylko do słuchania”. Ławki do słuchania to niezwykle trafna recenzja nadal tak powszechnego paradygmatu szkoły-teatru, gdzie nauczyciel przemawia do klasy ze sceny, a klasa siedzi w „ławkach do słuchania”. Tu nie ma miejsca na refleksję, wątpliwości, samodzielne dochodzenia do prawdy, dyskusję i indywidualną rozmowę ucznia z nauczycielem. Tu wiedzę pcha się w ucznia zapominając, że wiedza jest jak lina — pchać się jej nie da, ją można tylko ciągnąć.

Kto chce sięgnąć po książkę dra Marka Piotrowskiego znajdzie ją w księgarni Matras.



Susan Cain, Ciszej proszę — Siła introwersji w świecie, który nie może przestać gadać, MT Biznes, Warszawa 2012

Ocena użytkowników: 0 / 5

Star InactiveStar InactiveStar InactiveStar InactiveStar Inactive

W USA (i chyba nie tylko tam) żywy jest mit ekstrawertyka. Jest tak żywy, że często wdraża się młodych ludzi do ekstrawertycznych zachowań. Takich zachowań oczekuje się na przykład od amerykańskich menedżerów. Oto jak autorka opisuje swoje wrażenia z wizyty na kampusie Harvard Business School. „Nikt tu nie wałęsa się bez celu, nie przechadza się, ani nawet nie spaceruje. Wszyscy chodzą szybkim dynamicznym krokiem, z wyraźnym impetem prąc do przodu. Panuje rześka, wczesnojesienna aura ? mam wrażenie, że ciała studentów, którzy z taką werwą przemierzają kampus, emanują wręcz pozytywną wrześniową energią. Kiedy ich drogi krzyżuję się, nie wymieniają oni ze sobą jedynie konwencjonalnych pozdrowień, lecz długo i serdecznie witają się, wypytując  znajomych o wrażenia z letniego stażu w J.P.Morgan czy też wyprawy trekkingowej w Himalaje.”

A jednak książka Susan Cain znalazła się na liście bestsellerów New York Timesa i została wydana w 30 krajach. Introwertycy zostali wreszcie docenieni. Ekstrawertycy są na świecie potrzebni, ale ani mniej, ani więcej niż, introwertycy. Wbrew oczekiwaniom ci ostatni mają też cechy ważne w biznesie, jak na przykład zdolność do odraczania gratyfikacji (nagrody), co przekłada się na mniejszą skłonność do ryzyka. Są też generalnie bardziej kreatywni.

Książkę warto przeczytać, choć — w moim subiektywnym odczuciu — jest nieco za rozwlekła. Autorka przedstawia wiele ważnych tez, te jednak zmieściłyby się pewnie na 100 stronach, podczas gdy książka ma ich blisko 500. Te pozostałe 400 to różne z życia wzięte przykłady i anegdoty. Niektórzy lubią taki styl. Ja mniej. Niemniej ponad połowę książki połowę przeczytałem z dużym zainteresowaniem. Resztę przekartkowałem.