Logogram strony

Myśliciel A.Rodin

Rozmiar tekstu

Krótki kurs manipulacji praktycznej

Manipulacja to bardzo pożyteczne narzędzie szczególnie w krótkich wypowiedziach telewizyjnych i radiowych, gdzie czasu mamy niewiele, a słowo jest ulotne. Słowo uleciało, ale uczucia pozostały, i o to właśnie w manipulacji chodzi. Niestety, ta praktyczna sztuka została w dużej mierze zawłaszczona przez polityków. To prawda, że nie przez wszystkich z jednakowym mistrzostwem ? No cóż, nie każdy rodzi się geniuszem.

W trosce o przysłowiowego Kowalskiego (będzie jeszcze o nim mowa) postanowiłem przybliżyć sztukę manipulacji szerokiej publiczności. W moim „Krótkim kursie…” (starsze pokolenie odczyta tę aluzję) zebrałem najskuteczniejsze techniki manipulacyjne przydatne tak w salonie, jak i na trybunie, a również w życiu codziennym.

Technika pierwsza nazywa się ZAOKRĄGLANIE i polega na zaokrąglaniu tezy, którą chcemy obalić. Zaokrąglamy, jak by to powiedzieli matematycy i księgowi - „w górę”, a więc nieco wzmacniamy. Odpowiednio wzmocnioną tezę daje się zwykle bez trudu obalić. A oto przykład. Pewien polityk (nazwisko i adres znane redakcji) spotyka się z tezą swojego rozmówcy, który twierdzi, że szef instytucji państwowej nie powinien zatrudniać w niej swoich dzieci. Taką tezę w jej surowej postaci nie jest wygodnie obalać, ale po zaokrągleniu już znacznie łatwiej, gdyż brzmi ona: „zatrudniać wolno jedynie sieroty”. O takiej tezie już nawet nie trzeba dowodzić, że jest fałszywa, gdyż jest całkowicie absurdalna - któż miałby zatrudniać sieroty, skoro one nie mają ojców?! W ten sposób nie tylko wygraliśmy spór, ale też udowodnili, że nasi adwersarze są osobami bez wyobraźni.

Druga technika, to POCHYLANIE. Przypuśćmy, że ktoś na forum publicznym usiłuje nas przekonać o zaletach podatku linowego. W jednej chwili (mamy 30 sekund na wypowiedź) wykonujemy skłon i pochylamy się nad Janem Kowalskim (przysłowiowym rzecz jasna), który płaciłby w takim przypadku taki sam podatek jak Jan Kulczyk (tym razem konkretny). Wobec tego, że czas nam się kończy, nie zdążamy już wyjaśnić, czy Jan Kowalski płaciłby takie podatki jakie dziś płaci Jan Kulczyk, czy też odwrotnie. Tak czy inaczej w duszach naszych słuchaczy pozostaje obraz urągającej niesprawiedliwości. I znów wygraliśmy.

Tam, gdzie nie da się zastosować ani zaokrąglania ani pochylania proponuję PODKŁADANIE. Ta technika jest równie uniwersalna, co skuteczna. Na przykład, prowadzimy z kimś spór na temat żywności genetycznie modyfikowanej. Prawdę mówiąc, w ogóle nie ma znaczenia o czym toczy się dyskusja i na tym właśnie zasadza się uniwersalność metody. Cokolwiek bowiem nie powiedziałby nasz przeciwnik, my odpowiadamy: „tak pan twierdzi, bo jest to w pana interesie”. No i facet musi się bronić. Pewnie powie, że kłamiemy, albo że w naszym interesie jest twierdzić przeciwnie. Zresztą nieważne co powie, ważne jest tylko, że odeszliśmy od tych cholernych GMO, na których się nie znamy. A na tym, kto w czym ma jaki interes, to my się znamy doskonale. W miejsce tematu dla nas niewygodnego podłożyliśmy temat wygodny. A facet to łyknął. Wiec znów wygrywamy.

Najwyższą formą podkładania, na którą stać jedynie prawdziwych wirtuozów, jest PRZEŚLIZG. Prześlizg to takie podkładanie, w którym udaje nam się zgrabnie prześlizgnąć od jednego tematu do drugiego. Przykład prześlizgu, pojawił się w wyświetlanym w latach 1960. filmie „Upał” autorstwa twórców „Kabaretu Starszych Panów”, Jerzego Wasowskiego i Jeremiego Przybory. Oto scenka z tego filmu.

Przybora i Wasowski stoją w ładnie umeblowanym saloniku. Jest słoneczny poranek. W pewnym momencie z głębi mieszkania dobiega dźwięk dzwonka:

- Przybora: Kto może przychodzić z wizytą tak wcześnie?
- Wasowski: Ale to nie dzwonek do drzwi, tylko budzik.
- Przybora: Budzik? Przecież budzik nie nakręcony?
- Wasowski: No to nakręć!

Inny przykład prześlizgu na razie nie przychodzi mi do głowy, ale poczekajmy chwilę. Poczytajmy gazety, posłuchajmy radia, pooglądajmy telewizję, poszperajmy w Internecie. Pewnie coś się znajdzie. A na razie zapraszam do wysłuchania arcyzabawnego wykładu w j. angielskim Sztuka Kłamstwa.

Wypowiedzi czytelników

Na tej stronie publikuje wypowiedzi czytelników dotyczące moich artykułów z grupy "Gospodarka i społeczeństwo". Wypowiedzi umieszczam w kolejności anty-chronologicznej - od najnowszej do najstarszej.

Grażyna Marciniak; 28 maja 2012

Z dużym zainteresowaniem przeczytałam Pana myśli odnośnie umów śmieciowych. Jestem mikro firmą, realizującą zlecenia z rynku. Nie sprzedaję towarów, ani też nie wykonuję rękodzieła. Sprzedaję to co mam w głowie – swoje umiejętności w dziedzinie zarządzania strukturami sieciowymi. Niedawno miałam do czynienia z taka oto sytuacją:

Złożyłam aplikację do dużej i bardzo znanej firmy sieciowej z branży IT. Zaproszono mnie na rozmowy. Rozmowy toczyły się w oczekiwanym kierunku, dopóki nie weszliśmy na temat warunków zatrudnienia. Firmie zależało wyłącznie na umowie o pracę, mnie zaś, na umowie cywilno-prawnej.Nie dogadaliśmy się, bo tamta strona uznała, że umowa jaką proponuję będzie śmieciowa, a oni są zbyt poważną firmą żeby zawierać TAKIE umowy. Wyszłam na osobę podejrzaną i niepoważną.

Ten przykład to przypadek szczególny, ale zapewne nie odosobniony. Niektórzy pracodawcy w obawie o nadszarpnięcie własnego wizerunku, ulegają presji jazgotu medialnego i chcą być bardziej papiescy niż sam Papież.

Załączam serdeczne pozdrowienia,
Grażyna Marciniak

Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Barbara Gąsienica-Józkowy; 28 maja 2012

Zgadzam się z Pana opinią na temat „umów śmieciowych”. Nie powinno się ich jednoznacznie określać, jako wykorzystujące i niesprawiedliwe dla pracownika. W mojej maleńkiej firmie zatrudniałam szkolną przyjaciółkę (jako jedynego, poza mną) pracownika. Przez pierwszych kilka lat firma działała bardzo fajnie, ale potem przychody były coraz mniejsze. Zasugerowałam przyjaciółce, żeby założyła własną działalność, zrobiłybyśmy razem spółkę i dzieliłybyśmy się zyskiem. Chciałam przede wszystkim uniknąć sytuacji, w której dużo pracuję a zarabiam tylko na koszty (w tym jej pensję) lub wręcz dokładam do interesu z oszczędności. Drugim plusem miała być opcja współpracy dwóch firm, z której jedna (jej) mogła być zwolniona z podatku VAT, co dla nas byłoby bardzo korzystne. Koleżanka niby zaakceptowała to rozwiązanie ale odwlekała podjęcie decyzji tak długo, że musiałam zrezygnować z wynajmu lokalu, ją zwolnić i przenieść biuro do domu, a raczej do „netu”. Teraz jest to firma rodzinna jak się patrzy bo wspomagają mnie rodzice i małoletni syn J. Ograniczyłam koszty i dzięki temu mniej (i przyjemniej) pracując, więcej zarabiam.

Wniosek: strach przed „umową śmieciową” sprawił, że koleżanka szuka pracy i boję się, że będzie miała problem z jej znalezieniem, a mogłyśmy sobie współpracować .

Pozdrawiam serdecznie spod Giewontu
Barbara Gąsienica-Józkowy

Swobody, czy wolność gospodarcza?

Ten tekst pod oryginalnym tytułem
Uwolnić przedsiębiorczość

został przedstawiony w dniu 28 października 2008 roku
w ramach panelu zorganizowanego przez
Fundację Obywatelskiego Rozwoju oraz The Wall Street Journal Polska. Dziennik Finansowy


Jak pokazują liczne badania, prosperity kraju i jego obywateli nie zależy ani od położenia kraju, ani od jego wielkości, ani od liczby mieszkańców, ani od posiadania surowców naturalnych. Zależy od jednej tylko rzeczy ― od jakości prawa związanego z gospodarką. Tę jakość mierzą m.in. Instytut Frasera oraz Bank Światowy i nazywają ją indeksem wolności gospodarczej.

Indeksy_wolnosci_gospodarczej
Dwa rankingi indeksu wolności gospodarczej

W rankingu Instytutu Frasera spośród krajów członkowskich UE za nami są jedynie Bułgaria i Rumunia, w rankingu Banku Światowego wyprzedają nas również i one. A dzieje się tak, mimo że ― zapewne jako jedyny kraj na świecie ― mamy i stale ulepszamy Ustawę o swobodzie działalności gospodarczej.

Jak pisze w swojej znakomitej książce Konstytucja wolności Friedrich August von Hayek:

różnica pomiędzy wolnością a swobodami jest taka, jak między sytuacją, w której wszystko jest dozwolone, co nie jest zabronione przez ogólne normy (to jest wolność, przyp. AJB),  a sytuacją, w której zabronione jest wszystko, co nie jest wyraźnie dozwolone (a to są swobody, przyp. AJB). (s.33).

Problem z ustawą o swobodach nie leży więc w tym, że jest zła, ale w tym że w ogóle myśli się o takiej właśnie drodze uwalniania polskiej gospodarki od barier stawianych przez państwo. A ile jest tych barier pokazuje raport „Bariery administracyjne związane z podejmowaniem i prowadzeniem działalności gospodarczej w Polsce — ocena” przygotowany przez IP-SOS w 2004 roku na zamówienie Banku Światowego. Raport zawiera ponad 300 stron i od jego opublikowania praktycznie nic się nie zmieniło. A oto cytat z syntetycznej części tego raportu:

() stosowane obecnie procedury przygotowywania projektów aktów prawnych przez rząd są wadliwe, regulacjom ustawowym nie towarzyszą stosowne akty wykonawcze, i do tego nadal nie dopracowaliśmy się w Polsce usystematyzowanej oceny ekonomicznych skutków regulacji prawnych. Tym samym gospodarka narażona jest na niekontrolowany przyrost zapisów powodujących nieuzasadnione koszty działalności gospodarczej oraz krępujących rozwój przedsiębiorczości.(…)

Aby ustawa o swobodzie zmierzyła się ze wszystkimi tymi barierami, musiałaby zawierać co najmniej dwa razy więcej stron niż cytowany raport. I oczywiście bałagan byłby jeszcze większy. Jednakże problem techniczny związany z taką ustawą nie jest wcale najważniejszy. Aby lepiej zilustrować kuriozalność samego pomysłu posłużę się pewnym przykładem. Wyobraźmy sobie, że w jakimś kraju parlament uchwala ustawę o swobodzie wychodzenia z domu na ulicę. Ustawa określa, kto ma prawo wychodzić, kiedy ma prawo wychodzić, gdzie wyrabia się przepustki itp.

Oczywiście każdy powie, że istnienie takiej ustawy świadczy o tym, że nie tylko nie ma żadnej wolności, ale też, że nikt nawet o niej nie myśli. I taką właśnie ustawę mieliśmy w roku 1981. w stanie wojennym.

Czym jest więc wolność gospodarcza i jak się ją mierzy? Instytut Frasera podaje pięć obszarów, w których mieszczą się 42 atrybuty wolności. Cytuję nazwy tych obszarów we własnym tłumaczeniu, a dla pewności podaję również sformułowania oryginalne:

  1. Wielkość rządu mierzona jego wydatkami, podatkami i zaangażowaniem w przedsięwzięcia gospodarcze (Size of Government: Expenditures, Taxes, and Enterprises). Oczywiście im “większy” rząd, tym niższa ocena w rankingu.
  2. Struktura systemu legislacyjnego i pewność prawa do własności (Legal Structure and Security of Property Rights)
  3. Dostęp do “dobrych” pieniędzy (Access to Sound Money). Dobroć pieniądza jest mierzona jego podażą, poziomem inflacji i prawem do posiadania dewizowych rachunków bankowych.
  4. Wolność handlu międzynarodowego (Freedom to Trade Internationally).
  5. Przepisy dotyczące bankowości, prawa pracy i warunków prowadzenia przedsiębiorstw (Regulation of Credit, Labor, and Business). Dla oceny warunków prowadzenia przedsiębiorstw mierzy się m.in. biurokratyczne i podatkowe koszty ich prowadzenia oraz poziom korupcji.

Warto zauważyć, że w obu wcześniej przytoczonych rankingach w ścisłej czołówce znalazły się kraje, które nie są ani duże, ani liczne, ani bogate w zasoby naturalne: Singapur i Hong Kong. Za to w końcówce znalazły się kraje zasobne we wszystko poza dobrym prawem ― Chiny i Rosja.

Umowy śmieciowe

Z nadejściem obchodów pierwszego maja pojawiła się okazja przypomnienia hasła „umowy śmieciowe” robiącego od pewnego czasu karierę w języku marketingu politycznego. Ile się o tych umowach mówi i pisze może świadczyć fakt, że Google w ciągu 0,2 sekundy znajduje 274 tys. cytatów. W Wikipedii tego hasła brak, jednakże ze znanych mi wypowiedzi wnoszę, że przez umowę śmieciową rozumie się każdy rodzaj umowy o wykonanie pracy nie mający charakteru zatrudnienia na stałe lub też w ogóle nie mający charakteru zatrudnienia. W tym drugim przypadku mamy do czynienia z dwoma podmiotami gospodarczymi, z których jeden sprzedaje jakąś usługę drugiemu.

Czytając i słuchając odnoszących się do „umów śmieciowych” wypowiedzi odnoszę wrażenie, że ich krytycy mają zawsze przed oczami bezwzględnego pracodawcę, który wykorzystuje swoją siłę do zniewolenie słabszego pracownika. I oczywiście takie przypadki się zdarzają, może nawet dość często, tyle że nie jedynie przy „umowach śmieciowych”. Znam przypadki zatrudniania na czas nieokreślony na pół etatu, gdzie praca trwała 10 i 12 godzin dziennie, a wynagrodzenie wynosiło połowę wynagrodzenia minimalnego. Wszyscy znamy też przykłady różnego rodzaju niewolniczej pracy na czarno, gdzie pracobiorca (wykonawca) nie ma żadnych praw. Takie zachowanie pracodawców jest nie tylko złe, ale też i głupie. Głupie, bo jak napisał Peter Drucker „najmniej efektywna jest praca niewolnika, a najbardziej efektywna praca ochotnika”. Osobiście jestem za modelem firmy, w której pracownik jest traktowany jak partner, a nie jak „zasób osobowy” i w której pracuje długo — nawet całe swoje zawodowe życie. Zainteresowanych odsyłam do mojej książki „Doktryna jakości”.

Ale bywają też i inne sytuacje. Jak można przeczytać w raportach z badań TNS Pentor (http://www.pentor.pl/36526.xml), w Polsce działa około 1,7 mln mikrofirm, tj. firm zatrudniających do 10 pracowników. Wskaźnik przeżycia pierwszego roku oscyluje dla tych firm wokół 60%, co przekłada się na około 200 tys. upadków rocznie. Roczne przychody (nie zyski!) blisko połowy mikrofirm nie przekraczają 45 tys. zł.

W lutym 2012 roku mieliśmy w Polsce 2,2 mln bezrobotnych. Czy tym ludziom mogą dać pracę duże firmy? Jedynie niewielkiej ich liczbie i to aż z dwóch powodów. Po pierwsze firm dużych jest za mało, bo tylko około 4.600. Po drugie, one najczęściej potrzebują profesjonalistów, a wielu bezrobotnych takimi nie jest. Ale 1,7 mln mikrofirm, przy sprzyjających warunkach ekonomicznych jest w stanie wchłonąć poważną część tej nadwyżki rynku pracy. Tylko pomóżmy im w rozwoju.

Młode małżeństwo zakłada w miasteczku kawiarnię. Pracują bardzo ciężko, praktycznie od świtu do nocy i oczywiście siedem dni w tygodniu. Z kawiarni czynią ośrodek, wokół którego zaczyna koncentrować się życie społeczne miasta i okolicy. Przychodzi wiosna, a oni wystawiają na ulicę kilka stolików. To przyciąga kolejnych klientów, więc trzeba zatrudnić pierwszego pracownika. Tylko, że w zimie nie będzie dla niego pracy. Więc proponują mu „umowę śmieciową”. Proponują mu taką umowę, jaką sami mają z rynkiem. Nikt nie daje im gwarancji, że będą mieli pracę na całe życie. Nie mają nawet prawa do okresu wypowiedzenia. Bo rynek nie wypowiada. Rynek po prostu z dnia na dzień przestaje płacić.

Kto chce poczytać prawdziwe opowieści o małych firmach niech sięgnie po książkę „Moja historia, moja firma — portrety polskich przedsiębiorców rodzinnych”, którą można bezpłatnie pobrać w pdf na www.firmyrodzinne.pl.

W imieniu tych właśnie firm, ale też i tych większych, apeluję, by nie nazywać „śmieciowymi” czasowych umów o pracę. By nie piętnować w ten sposób firm, które zawierają takie umowy, jeżeli przy tym zachowują się wobec pracownika przyzwoicie i po partnersku. Pragnę też wyjaśnić, że umowy czasowe są potrzebne nie tylko mikrofirmom. Bardzo wiele firm musi stawić czoło sezonowości. Na przykład największa amerykańska firma przetwórstwa pomidorów, która stanowi wzór partnerstwa pomiędzy firmą i pracownikiem i o której można przeczytać w artykule Morning Star - największy przetwórca pomidorów w USA, zatrudnia 400 pracowników stałych, a w sezonie dodatkowo 700 sezonowych. Gdyby miała zatrudniać 1.100 pracowników przez cały rok, to wypadłaby z rynku.

Jest też i inny aspekt „umów śmieciowych”. Otóż w całym rozwiniętym świecie rynki oczekują od firm coraz większej elastyczności. Z dnia na dzień trzeba podejmować nową produkcję, oferować nowe usługi, a gdy moda przemija, błyskawicznie zmieniać kierunek działania. Aby podążać za rynkiem, trzeba móc szybko zatrudniać i szybko zwalniać. Rośnie zapotrzebowanie na okresową pracę, na „wolnych strzelców”. To najczęściej mali jednoosobowi przedsiębiorcy, którzy wzięli swoje sprawy w swoje ręce (w Polsce jest ich blisko milion). Nie mają stałej pracy, składki ZUS płacą za siebie sami, a gdy jadą na urlop, nie zarabiają. Nie zarabiają też, gdy są chorzy. Ale mogą się ubezpieczyć, oczywiście za własne pieniądze. Nie mają łatwego życia, ale są potrzebni gospodarce i społeczeństwu. Nie piętnujmy więc tych, którzy dają im pracę. O nadchodzeniu ery wolnych strzelców można przeczytać na http://www.ekonomia24.pl/artykul/868663.html#.T6DJpGWA79Q.facebook.

Jako argument przeciwko „umowom śmieciowym” podnosi się często fakt, że zatrudnieni na nich ludzie, najczęściej młodzi, nie ubezpieczają się, więc w przyszłości nie będą mieli emerytury. To prawda, tylko że emerytury w dzisiejszym tego słowa znaczeniu w niedalekiej już przyszłości nie będzie miał nikt. Skończyła się bowiem era solidarności międzypokoleniowej zapoczątkowana przez Otto von Bismarcka, kiedy wiek emerytalny przekraczał średni wiek życia. Dziś realia demograficzne we wszystkich rozwiniętych krajach świata są takie, że państwa stać będzie jedynie na wypłacanie minimalnych emerytur, zwanych zaopatrzeniowymi, finansowanych z bieżącego budżetu państwa, a nie za składek pracujących ludzi. O wszystko ponad tę emeryturę minimalną każdy będzie musiał niestety zadbać sam. Bo zmienić ten stan rzeczy mogłyby jedynie zmiany demograficzne, a na nie się w naszej części świata nie zanosi.

Państwo solidarne z fiskusem

Materiał przedstawiony na konferencji Towarzystwa Ekonomistów Polskich
Tendencje i perspektywy rozwoju polskiej gospodarki
15 października 2007
Wersja nieco rozszerzona w stosunku do oryginału.

Podatek CIT

W latach trzydziestych ubiegłego wieku modne było w Warszawie opowiadanie absurdalnych żarcików. Jeden z nich zatytułowany Sztuczka matematyczna 2+2=5 opowiadał Antoni Słonimski. Sztuczkę tę ― mówił Słonimski ― pokazujemy wraz z pomocnikiem. Najpierw na oczach publiczności dodajemy 2 do 2, co daje oczekiwany rezultat 4. Następnie nasz pomocnik zręcznie zajmuje czymś uwagę publiczności, a my w tym czasie niepostrzeżenie dorzucamy do otrzymanej sumy jedynkę. Tym to sposobem już po chwili oczom zgromadzonych widzów ukazuje się zgoła niespodziewany wynik.

Pan Antoni nie przewidywał zapewne, że jego sztuczka znajdzie jakże praktyczne zastosowanie w Ministerstwie Finansów III RP. Otóż od kilkunastu już lat jesteśmy świadkami stopniowego obniżania stopy podatku CIT, co niezmiennie odbywa się przy dźwięku fanfar i w świetle kamer telewizyjnych. W roku 1992 mieliśmy stopę 40%, w roku 1997 już 38%, w roku 2000 ― 30%, a dziś mamy 19%. Panie posłanki i panowie posłowie ochoczo naciskają guzik i podnoszą ręce, a polska gospodarka staje się coraz bardziej konkurencyjna i zachęcająca dla zagranicznych inwestorów o czym kolejni prezydenci RP donoszą w swoich dyplomatycznych podróżach. Jednakże, w jakiś czas po ogłoszeniu kolejnego obniżenia stopy podatku CIT, już bez fanfar i kamer przeprowadza się prosty a jakże skuteczny zabieg zwiększenia listy tzw. kosztów nie będących kosztami uzyskania przychodu. Tu osobom mniej biegłym w ustawie o podatku CIT należy wyjaśnić, że wbrew swojej nazwie corporate income tax, co przekłada się na podatek od zysku brutto, podstawą do naliczenia podatku CIT nie jest zysk brutto, ale tenże zysk powiększony o owe koszty nie będące kosztami uzyskania przychodu. W ślad za zmniejszaniem stopy podatku CIT podążało więc wydłużanie listy kosztów niepodatkowych rekompensujących tę jakże bolesną dla fiskusa „stratę”. Niższą stopę stosowano do wyższej podstawy. Zresztą tę listę wydłuża się i modyfikuje również w okresach, kiedy stopa CIT nie maleje. Tak się też stało w roku 2007, gdy z 62 pozycji urosła ona do ponad 70.

Ustawa o podatku dochodowym od osób prawnych z 31 stycznia 1989 ustalała stopę podatku na wysokości 40%, a liczba rodzajów kosztów niepodatkowych wynosiła 21 (art.11 ust.1). W ustawie z 15 lutego 1992 według stanu z dnia 17 stycznia 2007 stopa podatku zmalała do 19%, a liczba kosztów niepodatkowych wzrosła do ponad 70 (art.16 ust.1 i art. 16a do 16m).

W zawiązku z takim stanem rzeczy udział podatku CIT w zysku brutto firmy A.Blikle Sp. z o.o. w latach 1997 do 2006 wahał się w granicach od 24% do 58% co pokazuje poniższy wykres.

Dynamika rzeczywistego CIT w A.Blikle

Przy tak definiowanym podatku CIT firma może mieć stratę, a mimo to zapłaci podatek. I tak się właśnie stało w roku 2007. Przy stracie w wysokości – 156 tys. (spowodowanej wysokimi kosztami amortyzacji po przeprowadzonej inwestycji) zł zapłaciliśmy podatek w wysokości 90 tys. zł. Rzeczywista stopa podatku CIT była ujemna i wyniosła –173%!

Warto też zwrócić uwagę na kuriozalność wielu kosztów nie będących kosztami podatkowymi. Oto kilka przykładów.

Pierwszy z nich (od roku 2003) to obowiązkowa składka na PFRON (Państwowy Fundusz Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych). W naszej firmie jej roczna wysokość w roku 2006 wyniosła 144 tys. zł. Od tej kwoty ― będącej w rzeczy samej podatkiem! ― należy zapłacić podatek CIT.

Drugi przypadek (wprowadzono również w roku 2003), to koszty zaniechanych inwestycji. W naszym przypadku oznaczało to zwrot podatku po wycofaniu się z adaptacji budynku wynajętego na naszą nową pracownię produkcyjną, wycofaniu się ponieważ już po podpisaniu umowy dysponentem budynku okazał się być syndyk, a nie firma z którą podpisaliśmy umowę. W takim przypadku pojawia się też obowiązek zwrotu odliczenia VAT, bowiem takie odliczenie nie należy się od kosztów nie będących kosztami uzyskania przychodu. Jest to wyjątkowo perfidny przepis, bowiem ryzyko gospodarcze jest inherentnym atrybutem każdej gospodarczej działalności. Solidarne państwo chce jednak ciągnąć zysk nie tylko z zysku przedsiębiorstwa, ale też z jego ewidentnej i niezawinionej straty.

Trzeci, to koszty związane z nieodpłatnym przekazywaniem instytucjom charytatywnym żywności nadającej się do konsumpcji, ale nie nadającej się do sprzedaży, np. ze względu na bliski termin graniczny rekomendacji do spożycia (w roku 2004 ograniczono listę instytucji na rzecz których darowizny podlegają odliczeniu). Tych darowizn mamy prawo przekazać do 10% naszych dochodów, od pozostałej wartości płacimy podatek. Gdybyśmy tę żywność wyrzucili do śmietnika podatku nie musielibyśmy płacić. To ten właśnie mechanizm doprowadził do bankructwa pewnego piekarza, który niesprzedany chleb oddawał biednym. Pisała o tym prasa w całej Polsce. Ponieważ proceder ten nadal istnieje, warto wyjaśnić na czym on polega, gdyż większość osób uważa, że chodzi tu jedynie o podatek VAT.

Przypuśćmy, że piekarz sprzedał chleba za 1.000 zł i rozdał za 100 zł. Przypuśćmy dalej, że wszystkie koszty piekarza wyniosły 950 zł. Rozdany chleb fiskus nakazuje potraktować jako sprzedany w tzw. „sprzedaży wewnętrznej”, więc wartość sprzedaży powiększa się o 100 zł. Jednakże fiskus godzi się na zapisanie tych samych 100 zł w koszty wytworzenia tego chleba. Ten koszt, kompensuje przychód, nie ma więc wpływu na zysk brutto. Niestety nie jest to właśnie koszt podatkowy, należy go więc doliczyć do zysku brutto w celu wyliczenia podstawy opodatkowania. Cały rachunek wygląda więc jak w poniższej tabelce.

Opodatkowane rozdawnictwo chleba

Tak więc piekarz zapłaci faktycznie 57% podatku CIT.

Czwarty przypadek (rok 2005) brzmi całkiem niewinnie, a jednak jednorazowo pozbawił polskie przedsiębiorstwa lekko licząc około miliarda złotych. Zabieg polegał na tym, że kilka lat temu do listy kosztów niepodatkowych dodano koszt niezapłaconych składek ZUS. Na pozór taki zapis jest całkiem logiczny ― skoro składka nie została zapłacona, to jak może być kosztem podatkowym? I byłby całkiem logiczny gdyby napisano „niezapłaconych w terminie składek ZUS”. Rzecz w tym, że zgodnie z tzw. zasadą memoriałową przed wprowadzeniem nowelizacji składka od wynagrodzeń za grudzień stawała się kosztem podatkowym w grudniu, choć płacona była w styczniu. Teraz w grudniu nie jest kosztem podatkowym, w związku z tym od jej wysokości trzeba zapłacić podatek. Składka stanie się kosztem podatkowym w styczniu, więc od niej nie zapłacimy podatku, zapłacimy jednak podatek od składki za luty itd. Państwo jednorazowo pożyczyło od wszystkich firm podatek od miesięcznej składki ZUS, który co prawda w następnym miesiącu oddaje, ale niezwłocznie pobiera nowy. Jest to więc dla państwa nie oprocentowany kredyt rolowany z miesiąca na miesiąc. Zostanie zwrócony ― oczywiście bez odsetek ― gdy firma zakończy działalność.

Inny negatywny aspekt manipulacji z podatkiem CIT, to stałe zaskakiwanie podatnika nowymi przepisami w tej sprawie. Dla przykładu w roku 2007 wprowadzono zasadę skazującą nas na amortyzację zakupionego i wyremontowanego w zeszłym roku budynku nowej pracowni przez 40 lat, chyba, że potrafimy przedstawić dokument wskazujący datę, kiedy budynek został oddany do użytku przez jego pierwszego właściciela w latach 1970-tych, czyli w głębokim okresie PRL, gdy w firmach państwowych mało kto dbał o takie formalności. Gdy układaliśmy model przepływów gotówkowych dla naszego przedsięwzięcia, okres amortyzacyjny wynosił 10 lat, i pod taki model braliśmy w banku kredyt, który teraz trzeba spłacać.

W roku 2007 otrzymaliśmy od fiskusa jeszcze jeden „prezent”. Od nowego roku kosztem podatkowym nie są koszty reprezentacji. Zapis wydawałoby się prosty, okazuje się kolejnym przepisem, który zwiększa niepewność prowadzenia działalności. Dla fiskusa reprezentacją może być wszystko, również ubranie ekspedientki. Według interpretacji urzędu reprezentacją jest też trawa i kwiatki sadzone wokół siedziby firmy. Więc ma być brzydko i szaro? Do tego dochodzi wspomniany już przepis z ustawy o VAT, że jeżeli wydatki nie są zaliczone do kosztów uzyskania przychodów, to podatnik traci prawo do odliczenia podatku VAT. W przypadku zakwestionowania jakiegoś kosztu przez urząd, podatnik jest karany podwójnie, za CIT i za VAT. Pamiętajmy też, że  podatnik nie zawsze wie w momencie zakupu, czy dany towar zostanie przeznaczony na potrzeby reprezentacji. Najpierw odlicza VAT, potem musi sporządzać przy każdej okazji korektę deklaracji. Najprostszy przykład, to kawa i pączek dla kontrahenta,  co do których nie ma jasności, czy jest to koszt uzyskania przychodów. Należy więc nie tylko zapłacić od nich CIT, ale też zwrócić uprzednio uwzględnione odliczenie VAT. A gdybyśmy kontrahentowi po tym spotkaniu wręczyli upominek, np. w postaci naszych wyrobów o wartości przekraczającej 100 zł, to mamy dodatkowy obowiązek wystawienia mu deklaracji PIT-8c z tytułu uzyskanego przez  niego w ten sposób przychodu. To samo dotyczy klienta, któremu taki upominek wręczamy w ramach obsługi reklamacji.

Dodatkowym negatywnym dla firm aspektem manipulacji z kosztami niepodatkowymi jest fakt, że nadal są one kosztami księgowymi. Obniżają więc zysk brutto, co ma niebagatelne znaczenie dla wizerunku firmy, choćby w rozmowie z bankiem o kredycie. Warto też wspomnieć, że żadne z wymienionych tu przypadków kosztów niepodatkowych nie znajdowały się w ustawie z roku 1989.

Jest jeszcze jeden aspekt związany z podatkiem CIT, na który chciałbym zwrócić uwagę ― aspekt społeczny. Otóż utarło się w mediach przekonanie i powiedzenie, że podatek CIT płacą przedsiębiorcy. W społecznej świadomości przedsiębiorca to człowiek, który ma dużo (lub za dużo) pieniędzy, odebranie mu więc jakiejś ich części jest szlachetnym czynem godnym Janosika. Państwo solidarne odbierze bogatym, a da biednym. Zwracam się więc z apelem do wszystkich piszących o gospodarce, aby pamiętali, że podatku CIT nie płacą przedsiębiorcy, ale przedsiębiorstwa. To bardzo ważna różnica, przedsiębiorstwo jest bowiem organizmem społecznym, który daje pracę nie tylko wszystkim swoim pracownikom, ale też pracownikom swoich kooperantów i kooperantów tych kooperantów. Osłabiając przedsiębiorstwa wysokimi podatkami osłabiamy ich zdolność do rozwoju, do tworzenia nowych miejsc pracy i do podnoszenia wynagrodzeń.

Podatek PIT

O ile solidarne państwo może od biedy udawać, że ma moralny tytuł by odbierać bogatym, to znacznie trudniej o taki tytuł, gdy chodzi o ludzi mniej zamożnych.

W roku 2007 uruchomiłem we wsi Bielawa pod Warszawą nową pracownię cukierniczą. Moi pracownicy rozpoczynają tam pracę o godz. 7:00 rano, a że niektórzy dojeżdżają do Warszawy pociągami, np. z Żyrardowa, na podróż w jedną stronę tracą więc nierzadko od 2 do 3 godzin. Aby skrócić ich podróż firma wynajęła mikrobus, który wozi pracowników ze stacji metra Wilanów do naszej pracowni i z powrotem. Niestety, koszt tego mikrobusu mamy obowiązek potraktować jako przychód pracownika i opodatkować go podatkiem PIT.  W rezultacie, pracownik korzystający z mikrobusu otrzymuje z tego tytułu o kilkadziesiąt złotych mniej „na rękę”, niż do tej pory. I na tym nie koniec. Pracownikowi dolicza się przychód jedynie wtedy, gdy jechał mikrobusem i dolicza się go każdorazowo w wysokości ilorazu kosztu kursu przez liczbę jadących danym kursem osób. Jeżeli więc jedzie mniej osób, to za dany kurs płacą one więcej podatku. W tej sytuacji firma nie jest nawet w stanie poinformować swoich pracowników, ile każdy z nich zapłaci miesięcznie podatku za mikrobus.

To zresztą tylko jeden przypadek z większej grupy beneficjów jakie firma chciałby ofiarować swoich pracownikom. Kolejne to wydawanie posiłków, czy też udzielanie pracownikom rabatów przy zakupie naszych produktów. Każdy taki gest ze strony firmy jest zazdrośnie śledzony przez fiskusa, który chce mieć z tego również coś dla siebie.
Zadaję sobie pytanie, o czym myślały panie posłanki i panowie posłowie naciskając guzik i podnosząc rękę?

Konsekwencje dla gospodarki

Szacuje się, że od wejścia Polski do Unii Europejskiej około 2 ml Polaków wyjechało szukać pracy zagranicą. Wyjechali, bo polskie firmy przytłoczone ciężarami podatkowymi i wieloma innymi barierami rozwoju, nie mogły im zaoferować konkurencyjnych warunków pracy. Mimo to bezrobocie nadal utrzymuje się na wysokim poziomie. Dzieje się tak, bo wyjechali nie bezrobotni, ale ludzie opuszczający swoje miejsca pracy. Niestety na te miejsca brak odpowiednio przygotowanych kandydatów. To oczywiście powoduje, że płace rosną, mimo że nie rośnie wydajność firm. Co gorsza, ta wydajność spada, bo dziś często musimy płacić więcej za gorszą pracę. Mówił mi znajomy przedsiębiorca, że nigdy nie wie, ilu z jego pięciu pracowników stawi się do pracy. Toleruje jednak takie postępowanie, bo nie znajdzie nikogo na ich miejsce. Jak doniosła Gazeta Wyborcza z 11.10.07 powołując się na PKPP Lewiatan, ponad 11% firm z sektora MSP bezskutecznie poszukuje pracowników. Pracowników poszukuje równie bezskutecznie firma A.Blikle. Zatrudnimy od zaraz cukierników, sprzedawców, kelnerów i kucharzy. Nasi pracownicy odeszli do firm, które „na rękę” płacą więcej niż my. Cóż z tego, że ubezpieczają na połowę tej kwoty?  A państwo nie chroni uczciwego przedsiębiorcy przed nieuczciwą konkurencją, która nie płacąc podatków nie tylko odbiera nam niższymi cenami klientów, ale też i wyższymi wynagrodzeniami pracowników.

Podziękowanie Autor wyraża podziękowanie pani Joannie Smakulskiej, dyrektorowi finansowemu firmy A.Blikle Sp. z o.o., za dostarczenie wielu danych wykorzystanych w niniejszym artykule.

Artykuł w wersji PDF do pobrania