Logogram strony

Myśliciel A.Rodin

Rozmiar tekstu

Budrewicz Olgierd, Słownik Warszawski, wyd. II, Wydawnictwa Artystyczne i Filmowe

Ten tekst ukazał się jako wstęp do II wydania.

W Słowniku warszawskim znajdujemy hasła wszelakiej maści i autoramentu, nie zawsze bezpośrednio odnoszące się do naszej stolicy, ale zawsze mniej lub bardziej z nią związane. Brak w nim wszelako hasła, którego nieobecność czyni Słownik dalece niekompletnym, którego zabraknąć nie powinno, ale którego sam autor Słownika napisać nie mógł. To hasło brzmi „Olgierd Budrewicz”. Ba! Ale pisać o Olgierdzie to jakby grać na cymbałach przy Jankielu. Podejmuję jednak wyzwanie przez wielką przyjaźń dla rodu Budrewiczów – przyjaźń, która trwa już ponad czterdzieści lat.

Olgierda i jego żonę Hanię poznałem na początku 1967 roku, gdy mój ojciec postanowił uczcić zbliżające się stulecie powstania naszej rodzinnej firmy (przypadające na rok 1969) wydaniem poświęconego jej tomiku wspomnień znanych warszawiaków i przyjaciół firmy. Olgierda poprosił o napisanie wstępu historycznego, choć prawdę mówiąc nie był to wstęp, ale najokazalsza i najważniejsza część książki Sto lat na Nowym Świecie.

Pięknie opracowana przez Stanisława Zamecznika, ilustrowana rycinami Feliksa Topolskiego, a napisana w świetnym budrewiczowskim stylu, żywym i barwnym językiem, niestroniąca od historycznych anegdot.

Dobrze pamiętam to spotkanie w wiosenne popołudnie, gdy Olgierdowie przyjechali na niedzielny obiad do domu moich rodziców w Konstancinie. Było to dla mnie nie lada przeżycie. Sławny podróżnik i dziennikarz, a przy tym bardzo już znany varsavianista, człowiek o wyszukanych manierach towarzyskich – pamiętam, jak szarmancko witał się z moją mamą i żoną – i piękna, wesoła, uwodzicielska Hania. Byłem prawdziwie dumny, że ich poznałem.

Później spotykaliśmy się przez wiele lat, w tym bardzo często właśnie w domu moich rodziców, gdzie niedzielne obiady w gronie przyjaciół były już tradycją. Przez ten dom przewinęły się dziesiątki arcyciekawych postaci; niektóre z nich bywały częściej, inne rzadziej, tylko Olgierdowie byli prawie zawsze.

W tamtych czasach rozmawiało się wiele o polityce, oczywiście nie tej PRL-owskiej, rodem z Trybuny Ludu, ale tej zza „żelaznej kurtyny”. Tu Olgierd był dla nas posłańcem „z wolnego świata”, przywożącym najświeższe informację z krajów wolnych, choć przecież niepozbawionych i wtedy swoich problemów. A bywał zarówno w krajach dobrze znanych, jak i w najodleglejszych, zapomnianych zakątkach świata. W śniegach dalekiej północy i w podzwrotnikowych dżunglach. Wszędzie też spotykał Polaków. Polonia na świecie to, obok Warszawy, najważniejszy temat jego pisarstwa.

Pamiętam, jak kiedyś spotkaliśmy go razem z moją żoną Małgosią na lotnisku w Warszawie. Był koniec stycznia, lecieliśmy na narty, więc byliśmy ubrani stosownie do tej okoliczności. Olgierd natomiast w nienagannie skrojonym garniturze i – pamiętam to – czarnych wizytowych półbutach. „Gdzie lecisz?” – pytamy. A on całkiem spokojnie: „na Alaskę”. Taki jest właśnie Olgierd. Bo cóż to za różnica: Alaska w zimie czy Argentyna w lecie – dżentelmen zawsze musi być elegancki.