Logogram strony

Myśliciel A.Rodin

Rozmiar tekstu

Kim jestem i czym się zajmuję

Magazyn „Magnes” w 2012 roku
Rozmawiał Piotr Kowalski

Biznesmen, naukowiec, szkoleniowiec, coach, a dla wielu także mentor. O biznesie bez lukru oraz motywowaniu bez marchewki rozmawiamy z prof. Andrzejem Jackiem Blikle, jednym z autorów sukcesu firmy A.Blikle.

Lista firm, organizacji i stowarzyszeń, których jest Pan członkiem, bądź którym Pan przewodniczy, liczy 30 pozycji. Jak więc cię Pan czuje, słysząc o sobie „Pan od pączków”?
 
Nie jest mi z tym źle. To mój biznes rodzinny. Trochę mnie martwi opinia, że A.Blikle robi tylko pączki, a przecież mamy znacznie bogatszą ofertę. Mamy torty, lody, praliny, czekolady w tabliczkach, wyroby delikatesowe… Prawie sto produktów w codziennej sprzedaży, a wszyscy pamiętają pączki. Naszym zadaniem jest więc sprawić, by ludzie poznali i te pozostałe.

Dziś jak by Pan określił siebie? Kim jest profesor Andrzej Jacek Blikle?
 
Jestem wielobranżowy. Jestem naukowcem, bo przez 30 lat zajmowałem się nauką, jestem też przedsiębiorcą, bo przez 20 lat zarządzałem. W tej chwili łączę te dwie dziedziny – zarządzam, ale też pracuję dydaktycznie – rocznie daję ponad 100 godzin wykładów. Teraz uczę na studiach MBA i DBA – to taka nowa forma, Doctor of Business Administration. Piszę też książkę (Moja książka "Doktryna jakości"), która jest dostępna w domenie publicznej na mojej witrynie. Zresztą wszystkie moje materiały wykładowe są publicznie dostępne. Taka jest moja misja. Chciałbym, aby jak najwięcej firm zapoznało się z amerykańsko-japońską metodą zarządzania jakością. W przyszłym roku moja książka ukaże się też w druku, ale jednocześnie wciąż będzie dostępna w domenie publicznej.

Czym w tej chwili są dla pana „pączki” – tradycją rodzinną, biznesem czy wręcz obciążeniem dziedzicznym?
 
Chyba wszystkim po trochu. Zająłem się naszą firmą w 1990 r., mając poczucie, że jeśli jej nie rozwinę, to będą ją musiał zamknąć. Firma cukiernicza z tylko jednym punktem sprzedaży nie utrzymałaby się zbyt długo. Na początku myślałem, że tylko firmę zmodernizuję, ale to okazało się niewystarczające. Trzeba było wziąć kredyt na modernizację, więc należało rozbudować rynek. Wtedy produkcja okazała się zbyt mała, więc trzeba było rozbudować produkcję, wtedy rynek okazał się niewystarczający…
 
… i wprowadziliście rozwiązanie franczyzowe…
 
Tak, dlatego wprowadziliśmy franczyzę. To był rok 1992, a my byliśmy pierwszą polską firmą, która wprowadziła model franchisingu. Rozwijanie firmy stało się moim drugim zawodem i jednocześnie… drugą młodością. Bo znalazłem się w sytuacji, w której znów wszystkiego się uczyłem i znów budowałem coś od początku… Z jednej cukierni z czasów PRL-u doszliśmy do 15 placówek w Warszawie i 8 poza stolicą. Traktowałem to jak misję, wiedząc, że za nami bogata tradycja, a przed nami kolejne pokolenia.

Dwa lata temu przekazał Pan „stery” firmy synowi, a sam powrócił do działalności naukowej…
 
… naukowo-dydaktyczno-społecznej, bym powiedział…

Zgoda. Promuje Pan koncepcję TQM – kompleksowego zarządzania jakością. Na czym w skrócie ona polega?
 
Total Quality Management opiera się na trzech filarach. Po pierwsze — ciągłe doskonalenie. Nie można oczyścić wody w Wiśle tylko na jej prawym brzegu. Albo jest cała czysta, albo cała zanieczyszczona. To samo dotyczy firmy ? aby skutecznie doskonalić produkt końcowy, trzeba doskonalić wszystko, a w szczególności społeczne środowisko pracy. I to środowisko, to jest drugi fundament — budowanie partnerskich relacji w firmie m.in. poprzez eliminację wszelkich przejawów współzawodnictwa na rzecz partnerstwa. Nie systemy premiowe, nie kij i marchewka, a odpowiedzialność i motywacje godnościowe. Trzeci filar to racjonalne myślenie. Często jest tak, że niektórych procesów nie rozumiemy, a mimo to staramy się je modyfikować. Tu trzeba odwrócić kolejność – najpierw poznać i zrozumieć, dopiero potem udoskonalać.

Miał Pan okazję sprawdzić TQM w praktyce, np. we własnej firmie?
 
Nie tylko własnej, ale też innych. W praktyce jest zawsze grupa ludzi, która się obawia zmian i to jest naturalne. Jeśli coś ma się radykalnie zmienić, to ludzie zadają sobie pytania: czy ja się odnajdę? Czy moja wiedza i doświadczenie, które mam, będą nadal aktualne? Ludzie się obawiają. Trzeba dać wsparcie i jednocześnie trzeba ich uczyć. Ja też się tego uczyłem z moimi pracownikami. Tak narodził się pomysł na moje wykłady, konwersacje, książkę… Na początku to były tylko materiały dla moich pracowników. Pomyślałem, że skoro jestem nauczycielem akademickim, to muszę to wykorzystać. Pierwszy kurs zarządzania tradycyjnego odbyłem we Francuskim Instytucie Zarządzania, a ponieważ był on dość drogi, robiłem notatki. Potem z tych notatek uczyłem moich pracowników.

Jak polskie firmy zapatrują się na TQM? Przekonują się, czy też wciąż rządzą „marchewka i kij”?
 
Raczej się przekonują, ale nie wszyscy, którzy wdrażają TQM, wprowadzają też motywację godnościową. Choć to bardzo ważne, to jednak wiele firm pozostaje na etapie wdrożeń narzędzi technicznych. Jeśli chodzi o kij i marchewkę, 15 lat temu wszyscy pukali się w czoło, gdy o tym mówiłem. Teraz ludzie podchodzą do mnie po wykładzie i mówią: „my już tak zarządzamy, przeczytaliśmy pana książkę”. Myślę, że w Polsce już kilka tysięcy firm w jakiejś mierze pracuje zgodnie z TQM.

Tylko jak sprawić, by zmotywowanym pracownikiem został zdemotywowany Polak? Czy to możliwe?
 
Trzeba powiedzieć, że firmy wydają ogromne pieniądze na to, by pracowników… demotywować. Systemy premiowe pracowników demotywują, a nie sprawiają, że pracownicy chętniej wykonują swoje zadania. Mają biec w wyścigu szczurów, w którym, aby wygrać, trzeba przede wszystkim eliminować konkurentów. Aby "zrobić wynik", pracownicy podejmują działania, które ja nazywam "grą wojenną". Tę grę firma z reguły przegrywa. Natomiast motywuje dostarczanie radości z pracy, poczucie związku z zespołem. Dlatego też, gdy ja rozpoczynam pracę z firmą, w której motywacja jest problemem, zaczynam od identyfikacji barier jakie pracownicy napotykają w codziennej pracy, a następnie – wraz z pracownikami – staram się je usuwać.

Obecnie nastroje społeczne, delikatnie mówiąc, nie są najlepsze. Czy narzekających na życie można zmotywować do pracy?
 
Tak, choć to nie jest łatwe. Są osoby, które są wręcz traumatycznie źle nastawione do życia. Wypracowały w sobie negatywny model myślenia. Jednak jeśli taka osoba znajdzie w pracy źródło satysfakcji, to nawet mimo widma kryzysu i słabych zarobków, ma poczucie, że dzieje się coś dobrego i bardzo silnie ją to zmotywuje. Nie bez znaczenia jest tutaj wiek. Badania pokazują, że z wiekiem wcale nie maleje zdolność do uczenia się, ale maleje do oduczania się. Ludzie w pewnym wieku mówią, że już za późno na zmiany, że tak już jest, tak musi być i nie chcą się zmieniać.
 
Czy wciąż rządzi przekonanie, że mimo wszystko nadrzędnymi zadaniami firmy są maksymalizacja zysków i minimalizacja kosztów?
 
W wielu firmach tak rzeczywiście jest. Trzeba jednak pamiętać, że to, czy zysk ma być głównym celem firmy, to nie prawo ekonomii, ale sprawa wyboru właścicielskiego. Zauważmy, że wszystkie pieniądze, które przychodzą do firmy, są wydawane na różne wynagrodzenia: na wynagrodzenie pracy, wynagrodzenie dostawców, wynagrodzenie państwa, wynagrodzenie kapitału tymczasowego i kapitału stałego. Zysk, to właśnie koszt wynagrodzenia kapitału stałego wniesionego przez właścicieli. Jednakże, choć zysk nie musi być celem firmy, to zawsze jest koniecznością. Bez zysku firma nie może żyć, tak jak człowiek bez jedzenia. To prawo biologii. Jednak jeśli dla kogoś jedzenie staje się celem życia, to taka osoba najczęściej krócej żyje. Podobnie dzieje się z firmą.

Czy jest coś, czego Pan żałuje?
 
Jak każdy, popełniłem w życiu wiele błędów. Ale to jak z grą w brydża – gdybym wiedział, jaki jest rozkład kart, to bym zagrał inaczej. Jednak nie żałuję najważniejszych decyzji, które często wynikały z przyczyn losowych. Nie dostałem się na elektronikę, ale przez szczęśliwy wybór losu trafiłem na matematykę… W roku 1990 ubiegałem się o kredyt. Miałem ambitny biznesplan, ale kredytu nie dostałem. Dziś ten plan uznaję za nierealny. Gdybym dostał kredyt, to pewnie pewnie miałbym problem z jego spłaceniem. Czasami coś kieruje nas w całkowicie inną stronę, niż byśmy chcieli, a po czasie okazuje się, że jednak los wiedział co czyni.
  

Wybrane wywiady