Logogram strony

Myśliciel A.Rodin

Rozmiar tekstu

Refleksje po lekturze książek Thomasa Piketty „Ekonomia nierówności” i „Kapitał w XXI wieku”

Ten artykuł napisaliśmy wspólnie z Tomaszem Budziakiem. Został on opublikowany z niewielkimi zmianami pt. "Widmo Marksa nad Polską" w dodatku do Rzeczpospolitej "Plus i Minus" nr 34, 22-23 sierpnia 2015

Balzac, Jane Austen czy Karol Dickens malowniczo i z detalami opisali bariery wynikające z nierówności majątkowej. Często te opisy przywoływane są przez Thomasa Piketty w głośnej ostatnio książce o znamiennym tytule Kapitał w XXI wieku. Choć jej głównym tematem nie jest badanie skutków nierówności majątkowych jako barier rozwoju, to sam przykład naszego Janka Muzykanta intuicyjnie podpowiada, że jest coś na rzeczy. Od sporów na temat, czy dane i interpretacje zostały dobrane przez niego do założonych tez, czy też na odwrót, ciekawsze jest praktyczne przełożenie na obecną i przyszłą polską rzeczywistość obserwacji i recept Piketty’ego. Czy pasują do Polski?

Piketty nie pochylił się nad naszym krajem. Zapewne z całkiem obiektywnej przyczyny. Polska nie może w sposób prosty dostarczać przykładów bogactwa, ciągniętych przez stulecia jak np. we Francji. Przez ostatnie dwa stulecia Polska nie miała ani swojego państwa, ani swoich statystyk. W okresie porozbiorowym, nasze elity gospodarcze traktowane były przez historyków gospodarki jako element elit zaborczych. Nawet jeśli działały przeciw zaborcom. Wyniszczenie elit przez ostatnią wojnę, a następnie okres komunizmu zerwały ciągłość społeczną i pokoleniową polskich przedsiębiorców. Tego Zachód nie doświadczył. Dopiero od mniej więcej ćwierćwiecza polscy przedsiębiorcy mają możliwość budowy swoich firm. Przedsiębiorcy francuscy, brytyjscy czy niemieccy nie byli eliminowani przez okupantów ani prześladowani jako klasa. Mogli nieprzerwanie przekazywać z pokolenia na pokolenie nie tylko majątek, ale przede wszystkim technologię, wzorce zachowań i kulturę pracy. Nasza historia była całkiem odmienna — polscy przedsiębiorcy mozolnie, choć z dużym sukcesem, nadrabiają zabrany im przez historię czas. Czy bezkrytycznie przyjmując tezy i rozwiązania Pikett’ego mamy pozbawiać następne pokolenie polskich przedsiębiorców szansy dogonienia zachodnich konkurentów?

Jeżeli A, to jeżeli nie A to B

Teza ta to jeden z sylogizmów logiki Arystotelesa, a więc jeden z aksjomatów logiki, na której jest zbudowana (prawie) cała współczesna nauka. Przekładając go na bardziej zrozumiały język oznacza on, że jeżeli A jest prawdziwe, to z założenia, że A jest fałszywe można formalnie (naukowo!) udowodnić każdą tezę, a więc również tezę nieprawdziwą. Profesor logiki na Uniwersytecie Warszawskim Andrzej Mostowski — ilustrował to prawo następującym stwierdzeniem: „jeżeli miotła stoi w kącie, to jeżeli miotła nie stoi w kącie, to będzie wojna”. Inna historyczna anegdota donosi o dyskusji jaka miała miejsce pomiędzy jednym z wielkich matematyków XIX wieku, a jego przyjacielem dyplomatą. Ten ostatni miał wystawić na próbę swojego rozmówcę zadając mu do wywiedzenia, że jeżeli 3 = 2, to on — dyplomata — jest papieżem. Matematyk odpowiedział tak: „Jeżeli 3 = 2, to, odejmując jedynkę od obu stron równania otrzymujemy 2 = 1. Ty i papież do dwie osoby, ale dwie, to jedna, a więc jesteś papieżem.”

Wcześniejsza od wspomnianej już książka Piketty’ego zatytułowana "Ekonomia nierówności" jest poświęcona metodom zmniejszania nierówności majątkowych między ludźmi dla zrealizowania postulatu sprawiedliwości społecznej rozumianej jako (s.8) „faktyczna poprawa warunków życia osób znajdujących się w najtrudniejszej sytuacji oraz skali uprawnień, które można zagwarantować wszystkim”.

Nie ujmując niczego temu postulatowi należy jednak zauważyć, że autor zdaje się nieszczególnie interesować wzrostem zamożności ludzi najmniej zarabiających, jeżeli nie idzie on w parze ze spadkiem zamożności najbogatszych. Jak sam jednak zauważa (s.26) „między rokiem 1870 i 1994 siła nabywcza robotnika zwiększyła się około ośmiokrotnie. Ten spektakularny wzrost stopy życiowej w ciągu ostatniego wieku kapitalizmu był zresztą wyraźnie taki sam we wszystkich krajach zachodnich.” Ów wzrost, z czego autor zdaje sobie sprawę, ale czego nie uznaje za ważne źródło wyrównywania nierówności społecznych, dokonał się dzięki kumulacji kapitału w firmach, a więc w rękach kapitalistów. Piketty odnosi się do tego faktu jedynie wtedy, gdy pisze (s.70): „Punkt widzenia prawicy, zgodnie z którym wzrost, a nie dystrybucja pomiędzy kapitałem a pracą, pozwala na prawdziwe podniesienie stopy życiowej (…) potwierdza się wyłącznie w długim okresie historycznym i nie ma żadnego znaczenia z perspektywy cyklu politycznego, ze zrozumiałych względów interesujących dla pracowników, których dotyczy". Temu twierdzeniu zdaje się przeczyć choćby historia ostatnich 25 lat Polski i naszych najbliższych sąsiadów, gdzie właśnie dzięki kumulacji kapitału w prywatnych firmach, które w latach 1990-tych zaczynały od produkcji w garażach i handlu z turystycznych łóżek, tak bardzo podniosła się średnia stopa życia. Nie trzeba sięgać do statystyk, by zauważyć, że ogromnej dziś masy towarów, takich jak pralki, telewizory, średniej klasy samochody itp. nie konsumują osoby najbogatsze, ale właśnie te średnio i mało zarabiające.

Oczywiście nie można podważać faktu, że nadal istnieją w Polsce i na świecie zarówno obszary biedy, jak i wielkie fortuny, pytanie tylko, czy metoda janosikowa — zabrać boga-tym, by dać biednym — powinna być jedyną metodą poprawy warunków życia najuboższych. A jeżeli już zabierać bogatym — co zdaniem lewicy jest sprawiedliwe, słuszne i zbawienne — to należy jeszcze zadać pytanie: na jakim etapie tworzenia i wykorzystania bogactwa należy prowadzić tę konfiskatę. Tego pytania w Ekonomii nierówności w ogóle nie dostrzegliśmy, choć autor pośrednio udziela na nie dość jednoznacznej odpowiedzi wielokrotnie postulując, że jedyną skuteczną formą jest opodatkowanie pracy i zysków z kapitału (np. s.124). Mówiąc w uproszczeniu, bogactwo bogatych najlepiej jest zabierać wtedy, gdy je tworzą, a nie gdy je konsumują. Rzecz w tym, że, gdy zabieramy w chwili tworzenia, ograniczamy nie tylko konsumpcję, ale też inwestycje w rozwój. Alternatywną formą Janosikowego jest więc opodatkowanie konsumpcji, a nie zysków i przychodów z pracy. Tego jednak autor w ogóle nie bierze pod uwagę. Nota bene wydaje się, że sam Janosik opodatkowywał „panów” wyłącznie na etapie konsumpcji, bo pozbawiał ich nie źródeł bogacenia się (np. ziemi), ale ich owoców tj. pieniędzy i przedmiotów zbytku. Dobrze wiadomo też, że również dziś podatki od konsumpcji (VAT, akcyza itp.) zbierają największe żniwo i są najskuteczniej egzekwowane.

Fiskus jako młot sprawiedliwości

Za jedyną godną uwagi formę wyrównywania nierówności Piketty uważa redystrybucję fiskalną, czyli państwową pomoc socjalną dla mniej zarabiających finansowaną z podatków płaconych przez więcej zarabiających, a nie przez więcej wydających. Jak słusznie też zauważa, działania związków zawodowych koncentrujące się na wyrównywaniu różnic płacowych, a w tym na podnoszeniu płacy minimalnej, są w tej mierze nieskuteczne (s.124): „(…) działania związków nieuchronnie prowadzą przedsiębiorstwa do korzystania z większej ilości kapitału i mniejszej ilości pracy oraz z większej ilości pracy kwalifikowanej w zamian tej niewymagającej kwalifikacji.”

Piketty zdaje się też stać na stanowisku, że każdy przedsiębiorca będzie za wszelką cenę maksymalizował zyski, więc jedyną drogą do skłonienia go, by sprawiedliwiej dzielił się swoim bogactwem, jest stosowana przez Państwo fiskalna opresja. Tymczasem dziś wiadomo, że firmy, które dobrze traktują pracownika — w tym finansowo — (vide np. badania Instytutu Gallupa, czy też indeks giełdowy Human Impact and Profit Paula Hermana), są statystycznie skazane na sukces finansowy. Piketty takich rozwiązań w ogóle nie bierze pod uwagę, być może właśnie dlatego, że niespecjalnie interesuje go równoległe podnoszenie poprzeczek dochodów pracowników i pracodawców. Jego interesuje przede wszystkim zbliżanie tych poprzeczek do siebie.

Nie bierze też pod uwagę, że w bardzo wielu firmach rodzinnych, które we wszystkich praktycznie gospodarkach świata stanową przeważającą większość, najważniejszym celem właścicieli nie jest — jak chciałby tego Milton Friedman — maksymalizacja zysku, ale bardzo często uszanowanie wartości godnościowych, wśród których mieści się też godne traktowanie pracowników. Wielu takich pracodawców czerpie poczucie dumy i satysfakcji z faktu, że jego pracownicy są dobrze wynagradzani, a ich praca odbywa się w przyjaznym ekologicznie, technologicznie i społecznie środowisku.

W praktyce Piketty uważa, że fiskus zastąpi przedsiębiorców w ich decyzjach dotyczących alokacji kapitału — po prostu fiskus będzie wiedział lepiej, w co go zainwestować. Dotychczasowe losy przedsięwzięć gospodarczych kontrolowanych przez Państwo nie napawają optymizmem. A politycy wszak nie ponoszą w praktyce żadnych konsekwencji majątkowych swoich decyzji finansowanych na koszt społeczeństwa. 

Po co pracujemy?

Kolejnym błędem Piketty’ego jest założenie, że człowiek przychodzi do pracy wyłącznie po pieniądze (s.134): „Dając temu pracownikowi wynagrodzenie wyższe od płacy rynkowej, mogą zmotywować go bardziej, gdyż pracownik ma wówczas świadomość, że coś straci, jeżeli zostanie zwolniony.” Oczywiście często dzieje się i tak, że jedyną korzyścią pracownika jest płaca, ale to też nie wszędzie, za to wszędzie tam, gdzie tak jest, praca jest najczęściej mało wydajna i niskiej jakości. W takiej sytuacji nie można też liczyć na lojalność pracownika — podkupi go każdy, kto da więcej.

Dziś w nowoczesnych firmach sukces zarówno pracowników jak i właścicieli buduje się na zgodniej współpracy pomiędzy nimi przy realizacji wspólnie wytyczanych celów wśród których zysk bynajmniej nie jest jedynym. W firmach rodzinnych celem nadrzędnym jest długowieczność. By móc przekazać firmę kolejnemu pokoleniu musi ona przetrwać na rynku 20-30 lat. A aby tak się stało, przez ten cały czas musi zaspokajać potrzeby wszystkim swoich interesariuszy: klientów, kontrahentów, pracowników, społeczeństwa, państwa i właścicieli. Zysk jest więc zawsze koniecznością, ale nie musi być celem. Co więcej, firmy, które tak właśnie widzą swoją misję, w efekcie zarabiają więcej pieniędzy.

Prawdziwie udane przedsięwzięcia gospodarcze mają swoje źródła w pasji, talencie i wartościach. Wymagają również czasu i wytrwałości. Jeśli przedsiębiorcy mają budować stabilne i konkurencyjne firmy, to muszą mieć jasną perspektywę funkcjonowania. Zysk przeznaczony na rozwój biznesu nie może być zagrożony konfiskatą.

Kluczową sprawą jest transfer dochodu z firmy do jej właścicieli. Bo to on generuje nierówności. Czy sam fakt posiadania kapitału upoważnia do nieograniczonego korzystania z efektów jego dobrego zastosowania? Piketty zauważa konieczność akumulowania zysków na rozwój. Jednak odmawia prawa do dysponowania zyskami właścicielom kapitału według własnego uznania. Proponuje w istocie konfiskatę wypłat ponad umowny limit zaproponowany jako progresywny podatek dochodowy ze stawką 80% od nadwyżki ponad 1 milion dolarów. Znamy wielu przedsiębiorców, dla których biznes to rodzaj sportu, czy współzawodnictwa, i nawet taka janosikowa stawka ich nie zniechęci do aktywności. Jednak wielu poczuje się obrabowanych i potraktowanych niesprawiedliwie. Bo to oni ryzykują swoim majątkiem i poświęcają spokój swój i swoich rodzin, czego nie robią pracownicy, urzędnicy i zatrudnieni na państwowych posadach intelektualiści.

Kara dla kolejnych pokoleń

Piketty słusznie zauważa tendencję kolejnych pokoleń do traktowania firm jako inwestycji, a nie jako obszaru przedsiębiorczej aktywności właścicieli. Jednak naszym zdaniem zbytnio generalizuje, traktując en block kolejne pokolenia jako pozbawione ambicji. Przykładowo, to za sprawą trzeciego pokolenia potomków Ferdynanda Porsche, rodzinny koncern Volkswagen doszedł do swojej pozycji. Nie dzięki spekulacjom kapitałowym, ale wytrwałej i innowacyjnej pracy członków rodziny i kierowniczego personelu.

Nawet jeśli potomkowie operacyjnie nie udzielają się w firmach w takim stopniu jak założyciele, to jeśli firmy rodzinne rozwijają się, to jest to nadal efekt dobrych decyzji właścicielskich potomków. Skoro właściciele firm, niezależnie od głębokości zaangażowania się w codzienne zarządzanie, ryzykują własnym majątkiem za nietrafne decyzje, to nie sposób odmówić im prawa do decydowania i zarazem nagrody. Politycy i publicyści zwykle nie ryzykują niczym poza reputacją, o ile ktoś o niej pamięta.

Wydaje się też, że Piketty zawyża wartość majątków w posiadaniu najbogatszych rodzin Zachodu, ponieważ szacowane są one zwykle mnożnikowo w odniesieniu do zmiennych kursów giełdowych oraz bez uwzględnienia zniżki cen przy ewentualnej przyśpieszonej czy wręcz wymuszonej fiskalnie sprzedaży takich aktywów. Tak czy owak jednak, wartość (raczej papierowa) niektórych tamtejszych fortun robi wrażenie i zmusza do zastanowienia, czy i w jakim stopniu za koncentracją kapitału idzie uzasadniona koncentracja władzy? Do czego prowadzi nieograniczona akumulacja, wspierana większymi możliwościami redukcji podatkowej za pomocą sowicie opłacanych doradców proponujących coraz bardziej wyrafinowane instrumenty oferowane przez niektóre państwa? I to nie tylko egzotyczne, ale jak ujawniła to afera LuxLeaks, także długo i do niedawna, a przede wszystkim niejawnie przez rząd Luksemburga kierowany przez obecnego szefa Komisji Europejskiej Jean-Claude'a Junckera.

W sumie przedsiębiorcy powinni przyklasnąć postulatom przejrzystego i sprzyjającego małym i średnim firmom globalnego systemu podatkowego. Jednak sam Piketty wie, że ten postulat to utopia. Proponuje więc w Kapitale w XXI w (str.650) globalny podatek majątkowy o niskiej stawce np. rzędu 1 promila rocznie, który ma na celu przede wszystkim zwiększenie transparentności fortun, ich ewidencję i poniekąd też zwiększenie ich legitymizacji. Wiedząc, że najłatwiej byłoby wprowadzić plan w życie w Unii Europejskiej, Piketty idzie znacznie dalej i ma dla niej szczegółową propozycję tj.  progresywny podatek majątkowy, z rocznymi stawkami wynoszącymi w wariancie B (tablica S15 1.b.)  0,1% od wartości majątku do 200 tys. euro , następnie 0,5% od nadwyżki ponad 200 tys. euro i 1 % ponad 1 mln euro i tak stopniowo do 10% od fortun o wartości ponad 100 mln euro, czyli prawie 5,5% od majątku poniżej 420 mln zł. I tu zaczynają się schody, bo majątek raz włączony w obszar rażenia nowego podatku może stać się obiektem pożądania fiskusa i wszelkie zaklęcia powołujące się na intencje światłego pomysłodawcy mogą być zignorowane przez polityków, gdy przyjdzie pora elekcji lub wypełniania obietnic wyborczych i gdy obecna lub przyszła koalicja rządząca łatwo może w podwyższeniu stawek znaleźć proste źródło finansowania prezentów wyborcom na koszt przedsiębiorców. Wystarczy wówczas jedynie „technicznie” podnieść stawki. Bariera mentalna zostanie obalona wcześniej.

Zróbmy sobie sami krzywdę

Wcielenie progresywnego podatku majątkowego w Unii Europejskiej dotknęłoby i Polskę. Pomijamy fakt, że wprowadzenie go jedynie na tym obszarze znacznie pogorszyłoby warunki rozwoju firm unijnych wobec krajów, które nie kierowałyby się tak szczytnymi celami.
Zejdźmy do poziomu polskich realiów. Proszę zatem wyobrazić sobie, że niezależnie od powodzenia w biznesie, 3 polskich przedsiębiorców z listy WPROST lub FORBES musi co roku oddać co najmniej 5,5% swojego biznesu fiskusowi. Jaki to będzie miało wpływ na konkurencyjność stosunkowo młodych jeszcze polskich przedsiębiorstw? Różnica między polskimi przedsiębiorcami, a ich zachodnimi kolegami polega na tym, że w zdecydowanej większości polscy przedsiębiorcy są wciąż na etapie budowania i ekspansji. Ich dystans do europejskiej czołówki jest jeszcze wielki, choć stawkę zawyżają bez wątpienia niezasłużone fortuny rosyjskich oligarchów. Przeznaczenie kapitału wiodących polskich firm na podatki, to albo zahamowanie ich rozwoju, albo wepchnięcie w objęcia banku lub zaproszenie do emigracji w kierunku mniej „postępowych” legislacji. Ponieważ zaś zachodni konkurenci nawet po zapłaceniu progresywnego podatku od kapitału będą go wciąż mieli więcej od naszych przedsiębiorców, to łatwiej im będzie przejmować polskie firmy. Zapewne nie będą też rozwijali w Polsce wysokowartościowych miejsc pracy, ale raczej rekompensowali straty na rzecz fiskusa poprzez podtrzymywanie Polski jako rezerwuaru taniej siły roboczej.

Zdumiewające, że niektórzy Polacy zabierający głos na temat nierówności idą dalej niż sam Piketty. Przykładowo komentując wnioski z Kapitału w XXI wieku poważnie rozważają konfiskacyjny podatek od spadków i darowizn w wysokości co najmniej 80%, zmuszając potomków do dzielenia i sprzedaży firm w celu zapłaty daniny. Ma to ich zdaniem powstrzymać tworzenie biznesowych oligarchii. Piketty uważa zaś, że podatek od spadków jest nieefektywny, bo jednorazowy i nie chodzi o to, żeby podatkami zabić biznes lub wywłaszczyć potomków natychmiast.
Takie myślenie jest zgubne dla trwałości polskich firm rodzinnych. Bo to właśnie one, a nie międzynarodowe lub sterowane przez fikusa korporacje stanowić będą w przyszłości motor rozwoju naszego kraju i tworzyć miejsca pracy o największej wartości dodanej. To one potrzebują czasu na okrzepnięcie. To one muszą mieć możliwość przestawienia się z myślenia krótkookresowego na perspektywiczne. Na akumulację w celu inwestowania w najnowsze technologie i wreszcie w badania i rozwój. Jakoś naszemu Państwu nie wychodzi wdrażanie osiągnięć nauki. I nie jest to tylko kwestia finansowania, ale motywacji i umiejętności, a przede wszystkim podatności na krótkoterminowe cykle polityczne, nie pasujące do długookresowych celów. Nie przeszkadzajmy więc polskim przedsiębiorcom w globalnym wyścigu konkurencyjności. Dajmy czas i środki na podnoszenie jakości i trwałości naszych firm rodzinnych. Nie demotywujmy drugiego pokolenia w ich staraniach budowania silnych i ekspansywnych firm!

Nie lekceważyć jednak Piketty’ego

Kapitał w XXI wieku to ważna książka. Co więcej, jest świetnie napisana i stawia tezy, których nie można tak po prostu zbyć milczeniem. Zgadzamy się z jej podstawowym przesłaniem, że świat, w którym dochodowość kapitału finansowego jest wyższa od dochodów z pracy nie może dobrze skończyć. Uważamy jednak, że to przedsiębiorczość, czyli tworzenie, jest priorytetowa, a system redystrybucji nie powinien zagrażać konkurencyjności. Potrzebny jest też umiar i namysł we wdrażaniu remedium oraz konsensus głównych graczy na świecie.

Nie można ignorować problemu podnoszonego przez Piketty’ego, jednak Polska powinna po dłuższej obserwacji i jako jeden z ostatnich krajów Unii Europejskiej przyjmować takie rozwiązania fiskalne. Bo nasze firmy są wciąż za młode, a skala rozpiętości dochodów mierzona wskaźnikiem Giniego jest w europejskiej normie. To nie polscy przedsiębiorcy rodzinni są winni kontrastom Północ-Południe. To nie w  Polsce skupia się majątek świata. Nasze zatroskanie i uczestnictwo w globalnej gospodarce nie powinno oznaczać naśladownictwa. Dołóżmy swój wkład, lecz niech wszyscy wpierw ustalą jednolity i wspólny, a przede wszystkim szczelny instrument. Nie możemy sami karać się za skutki prawie pół wieku totalitaryzmu, które pozbawiły naszych przedsiębiorców i gospodarkę uczestnictwa w rozwoju będącego udziałem firm z Europy Zachodniej.
Podzielamy wiele obserwacji Piketty’ego, jednak dla polskich warunków i wyzwań widzimy inne rozwiązania. Już w 2013 r. Stowarzyszenie Inicjatywa Firm Rodzinnych wszczęło prace nad inicjatywą ustawodawczą umożliwiającą powoływanie fundacji rodzinnych jako instrumentu wzmacniania trwałości firm rodzinnych. Narzędzie to ma służyć nie tzw. „optymalizacji podatkowej”, ale ochronie majątku przedsiębiorstw rodzinnych przed możliwymi ekscesami konsumpcyjnymi i zdarzającymi się konfliktami wewnątrz firmy lub rodziny.

Uważamy, że z polskiej perspektywy konieczne jest wypracowanie rozwiązania promującego cierpliwy kapitał — tj. taki, który jest nastawiony na długookresowy wzrost. Firmy rodzinne planujące trwanie i rozwój w perspektywie pokoleń wymagają stabilnych rozwiązań, umożliwiających tworzenie wysoko opłacanych miejsc pracy, aby tworzyć dochody pracowników nie poprzez fiskalną redystrybucję, ale przez tworzenie wartości dodanej. Możliwym rozwiązaniem dla polskich warunków mogłoby być przyjęcie systemu mieszanego łączącego umiarkowane opodatkowanie majątku (jak 1 promil proponowany przez Piketty’ego) z opodatkowaniem (być może progresywnym, ale nie dyskryminującym w stosunku do innych podatników) wypłat  członkom rodziny do ich rąk, a przeznaczanych na inne cele niż kwalifikowane wydatki inwestycyjne. Ponieważ podatek dochodowy od biznesu traci na znaczeniu jako narzędzie zasilania budżetu, to może warto go sobie docelowo odpuścić i dopiero w zamian podnosić stawkę podatku od majątku, jednak tak, aby motywowała do przedsiębiorczości, a nie była konfiskatą. Innym rozwiązaniem, proponowanym już od dawna przez Centrum im. Adama Smitha jest rezygnacja z podatku CIT (i kilku innych) oraz wprowadzenie podatku obrotowego. Ten ostatni jest bardzo prosty do wyliczenia zarówno przez firmy jak i przez służby podatkowe, ma też tę dodatkową zaletę dla skarbu Państwa, że niełatwo z nim uciec do rajów podatkowych.