
Wywiad dla czasopisma KARIERY
Przeprowadziła Marta Prusek-Galińska w październiku 2025 r.
Pobierz w formacie PDF ze zdjęciami
W świecie edukacji coraz częściej mówi się o potrzebie przemiany szkół w miejsca, w których uczniowie stają się aktywnymi uczestnikami procesu nauki, a nie tylko odbiorcami wiedzy. Istnieją w Polsce już szkoły – „turkusowe” szkoły, pokazujące realność tworzenia środowiska, w którym młodzi ludzie uczą się współpracy, samodzielności i odpowiedzialności, rozwijania kompetencji w duchu zaufania i autonomii. O tym, jak takie zasady mogą działać w szkołach zawodowych w Polsce, rozmawiamy z profesorem Andrzejem Blikle - matematykiem, przedsiębiorcą i nauczycielem akademickim, który od lat wdraża idee turkusowej samoorganizacji w praktyce i obserwuje, jak zmieniają one sposób pracy, nauki i motywacji.
Panie Profesorze, jest Pan znanym propagatorem idei „turkusowych organizacji”. Co sprawiło, że zainteresował się Pan właśnie takim podejściem do zarządzania?
Zadecydowała o tym moja ponad dwudziestoletnia praktyka w zarządzaniu naszą rodzinną firmą, a także w szkoleniu przedsiębiorców i menadżerów. Przez pierwsze lata mojej pracy w firmie zarządzałem tradycyjnie, bo o innym podejściu nie słyszałem. Po sześciu latach ukończyłem kurs MBA Francuskiego Instytutu Zarządzania w Warszawie, ale to, czego nas tam uczono, szczególnie w obszarze kontaktów z ludźmi, budowania relacji i systemów motywacyjnych, nie do końca mi odpowiadało. O świecie biznesu niewiele wówczas wiedziałem, bo poprzednie trzydzieści lat zajmowałem się jedynie nauką. Jednak w 1997 roku spotkałem Jima Murray’a, trenera biznesu z Wielkiej Brytanii, który na zaproszenie polskiego rządu przyjechał, by uczyć dyrektorów państwowych zjednoczeń zarządzania kompleksową jakością (TQM). A robił to w sposób bardzo relacyjny. To on podarował mi znakomitą książkę Briana Joynera „Fourth Generation Management” - „Zarządzanie czwartej generacji”. Właśnie z niej dowiedziałem się, że ludzie najlepiej pracują wtedy, gdy czują się swobodni i bezpieczni, mają dobre relacje i poczucie autonomii. Te idee zacząłem od razu przekazywać swoim pracownikom. Wkrótce sięgnąłem po kolejną książkę ― „Punished by Rewards” -„Karanie nagrodami” autorstwa Alfiego Kohna. To było dla mnie pierwsze kompendium i głęboka analiza tego, co nazywa się mechanizmami motywacyjnymi i pierwsze fundamenty tego, co później nazwano turkusową samoorganizacją. W gruncie rzeczy nie była to nowość, bowiem Deming pisał o tym już w połowie XX wieku, a w sensie filozoficznym podobne idee są znane od czterech i pół tysiąca lat. Oddaje je choćby powiedzenie: „uskrzydleni ludzie przeniosą góry” albo „najlepsza jest praca ochotnika, a najgorsza praca niewolnika”. Jednakże, gdy opisał to w nowatorski sposób Frederic Laloux i nadał temu przyciągającą uwagę nazwę - „turkusowe organizacje”, idea zaczęła się szybko rozpowszechniać. Sam wcześniej mówiłem o „zarządzaniu godnościowym”, ale to brzmiało zbyt akademicko i nie budziło takiego zainteresowania. „Turkus” wywołuje skojarzenia, działa na wyobraźnię, przyciąga uwagę i zachęca, by zgłębić temat.
Jakie ma Pan spostrzeżenia po wprowadzaniu idei turkusowej organizacji w Pana firmie?
Gdy zacząłem wdrażać nowatorskie metody w firmie, pojęcie turkusu nie było jeszcze znane. Nie wiele też osób wiedziało, czym jest TQM. Moje wdrożenie realizowałem więc głównie sam ― choć dwukrotnie przeprowadził u nas szkolenie Jim Murray ― przez piętnaście lat, krok po kroku, trochę po omacku, popełniając błędy. I dziś moi słuchacze bardzo cenią, kiedy opowiadam, jakie są pułapki, jakie typowe błędy mogą się pojawić i na co trzeba zwracać uwagę. Działając pod szyldem TQM podkreślałem wagę jakości relacji międzyludzkich i traktowałem ją jako jeden z elementów świadczących o jakości firmy. Błąd wielu firm polega właśnie na tym, że skracają drogę do doskonałości, skupiając się wyłącznie na produkcie, a nie na ludziach, którzy go wytwarzają. Tymczasem sens TQM polega na tym, że chcąc doskonalić produkt, musimy doskonalić wszystko, co się na niego składa, w tym środowisko pracy ludzi i ich wzajemne relacje. To nie jest łatwe, ale nauczyć się tego można; trzeba jednak chcieć i wierzyć, że jest to możliwe. To prawda, że niektórzy mają naturalną łatwość budowania ciepłych, dobrych relacji, ale wielu ludzi tego nie potrafi.
Czym w prostych słowach jest „turkusowa organizacja”? Jak odróżnia się od tradycyjnego sposobu zarządzania firmą czy instytucją?
Turkus to w gruncie rzeczy pewna cywilizacja, oparta na trzech kluczowych wartościach: zaufaniu, odpowiedzialności i autonomii. Zaufanie i odpowiedzialność trzeba budować równolegle, bowiem one idą ze sobą w parze. Jeśli spada jedno, to spada i drugie, ale też gdy jedno rośnie, to rośnie drugie. Najczęściej najpierw rośnie odpowiedzialność, a potem zaufanie. Autonomia zaś to poczucie sprawczości, wpływu na to, co się robi i jak się to robi. To bardzo ważne, gdyż ludzie potrzebują nie tylko ufać sobie nawzajem, ale także czuć, że mają realny udział w kształtowaniu swojej pracy, a przez to i swojej przyszłości. Mówiąc o zaufaniu natomiast, wyróżniam trzy jego poziomy. Pierwszy, najbardziej podstawowy, to zaufanie do uczciwości: „wierzę, że mnie nie oszukasz ani nie okradniesz”. Drugi poziom to uczciwość plus rzetelność: „jeśli się czegoś podejmiesz, to zrobisz wszystko, by się wywiązać”. I trzeci poziom ― zaufanie do empatii, czyli możliwość rozmawiania o sprawach osobistych, trudnych, bolesnych. W dobrze funkcjonującym zespole nie trzeba osiągać tego trzeciego poziomu każdy z każdym. Dobrze jest jednak, każdy ma choć jedną czy dwie osoby, z którymi może porozmawiać o sprawach osobistych. Natomiast powszechne musi być zaufanie do uczciwości i rzetelności. To jest fundament. To właśnie wartości cywilizacyjne turkusu. Ale turkus to także filozofia życia.
To znaczy?
Klasyczny przykład dotyczy rozumienia sukcesu. W tradycyjnym podejściu sukces to droga do pieniędzy, które mają zapewnić dobre życie, czyli takie, w którym już nie trzeba pracować, bo praca jest udręką. W turkusowym podejściu pytamy: skoro coś jest dla ciebie tak ważne, że gotów jesteś przez większość życia się katować (pracować), by kiedyś osiągnąć dobre życie, to może lepiej zatroszczyć się o nie już teraz, sprawiając, by praca była źródłem radości, a nie traumy. To oznacza: znaleźć dla siebie odpowiednie miejsce, albo zmienić warunki w obecnej pracy. Jest wreszcie trzecia warstwa turkusu - stan ducha. To poczucie, że to, co robię, ma sens. Nie chodzi o to, by być w euforii 24 godziny na dobę, lecz o to, by czuć dumę z mojej pracy niosącej pożytek nie tylko mnie, ale także innym. To właśnie nazywam „uskrzydleniem”. Turkus rozumiem zatem jako trzy elementy: pewną cywilizację, filozofię i stan ducha.
Czy menedżer, który chce wprowadzać turkus, musi mieć świadomość, że wszystkie trzy jego warstwy są równie istotne?
Jest to kluczowe. Menedżer powinien nie tylko wierzyć, że te wartości są ważne, ale także, że da się je osiągnąć. W mojej dydaktyce biznesowej spotykałem dwie grupy sceptyków. Pierwsza, dość liczna, twierdziła, że ludzie są co do zasady leniwi i nieuczciwi, choć my jesteśmy od tej zasady wyjątkiem. Według nich trzeba więc ludzi zaganiać do pracy kijem, a marchewka jest tylko inną formą kija. Druga grupa, łatwiejsza do przekonania, rozumiała, że turkusowe wartości są ważne, ale nie wierzyła, że można je w praktyce wdrożyć. Przez pierwsze 15 lat mojej pracy edukacyjnej większość słuchaczy mówiła, że to wszystko utopia, choć niektórzy, że piękna. Dopiero mniej więcej od 10 lat, widzę nową postawę i coraz częściej słyszę: „Ja już tak żyję, tak organizuję swoją pracę. Nawet nie wiedziałem, że to się nazywa turkus”. Ale trzeba wyraźnie powiedzieć: turkus nie jest standardem, który się wdraża, audytor go potwierdza i firma ma turkus do następnego audytu. W turkusie nie ma takiego momentu, że „już jesteśmy całkowicie turkusowi”. Zawsze jesteśmy tylko częściowo turkusowi i zawsze pozostaje wiele do zrobienia. Musimy nieustannie pracować, żeby się rozwijać i utrzymywać osiągnięty poziom, bo jeśli przestaniemy, zaczniemy się cofać. Znam przykłady firm, które osiągnęły wysoki poziom turkusu, ale kiedy odszedł charyzmatyczny lider albo pojawił się ktoś, kto uznał, że „to wszystko zawracanie głowy”, organizacja cofnęła się do tradycyjnego modelu kija i marchewki.
W szkołach zawodowych ważna jest współpraca uczniów, nauczycieli i pracodawców. Jak szkoła zawodowa mogłaby działać bardziej „turkusowo”? Czy to możliwe w systemie, który jest tak sformalizowany?
Oczywiście, że mogłaby, choć nie jest to takie proste. Mamy tu co najmniej trzy główne grupy społeczne: uczniów, nauczycieli i rodziców. Pracodawcy dochodzą tylko w niektórych przypadkach, dlatego na razie ich pomińmy. Frederic Laloux opisał w swojej książce pewną turkusową szkołę w Berlinie Zachodnim, która powstała jako szkoła społeczna. Rodzice powiedzieli: „Stwórzmy dla naszych dzieci taką szkołę, do jakiej sami chcielibyśmy chodzić”. Ta szkoła w ogóle nie posługuje się pojęciem „pracowników”. Mówią o „uczestnikach procesu dydaktycznego”, czyli uczniach, nauczycielach i rodzicach. Każdy ma inną rolę, ale wszyscy są równoprawnymi wykonawcami wspólnego dzieła. W sumie to 1500 osób, można więc założyć, że ok. 200 to nauczyciele, a reszta to uczniowie i rodzice. Idea jest jasna: wszyscy razem tworzymy szkołę. Funkcjonuje tam pełne partnerstwo, gdzie każdy jest tak samo ważny, partnera traktuje się poważnie, bierze się częściową odpowiedzialność za niego, a on za nas. Jeśli ktoś popełni błąd, inni pomagają mu go naprawić. To jest duchowo-emocjonalna podstawa tej szkoły. Jest tam także zasada nauki rówieśniczej. Uczeń, który czegoś nie rozumie, najpierw idzie do starszego kolegi/koleżanki, może z własnej klasy, może z innej, a dopiero później do nauczyciela. To daje kilka pozytywnych efektów.
Na czym polegają te efekty?
Po pierwsze, każdy, kto nie jest w klasie pierwszej, jest starszym dla kogoś. To oznacza odpowiedzialność, bo ktoś młodszy może przyjść z pytaniem, a jeśli starszy nie będzie w stanie odpowiedzieć, to zwyczajnie będzie „obciach”. Nie ma za to nagród, ale jest poczucie odpowiedzialności. Po drugie, ten system wzmacnia proces uczenia się. Jako wieloletni wykładowca wiem, że najlepiej przyswaja się wiedzę, przekazując ją innym. Tak samo uczniowie, stając się nauczycielami dla kolegów, pogłębiają swoją wiedzę i budują autorytet. Do nauczyciela trafiają dopiero pytania naprawdę trudne, których nie udało się rozwiązać w całym łańcuszku pytań od młodszego do starszego. Co więcej, nauczyciel zyskuje wtedy sygnał, że skoro dany problem sprawił trudność wielu osobom, być może wymaga szerszego omówienia. To ważny element systemu.
Czy mamy już w Polsce szkoły turkusowe?
Owszem, i to całkiem sporo. Byłem dwukrotnie na ogólnopolskich konferencjach takich szkół. Szacuje się, że w Polsce jest około 400 placówek, świadomie zmierzających w tym kierunku. I, choć być może trudno w to uwierzyć, w Polsce funkcjonują nawet turkusowe przychodnie POZ, które są stabilne finansowo, niezadłużone, dobrze zarządzane, mimo systemu, na który wszyscy narzekają. To dowodzi, że taki model jest nie tylko możliwy, ale też i skuteczny. Większość turkusowych szkół to szkoły prywatne lub społeczne, ale są też publiczne. Na jednym z moich seminariów w roku 2018 gościł przedstawiciel turkusowej szkoły publicznej z małego miasteczka. To ważny przykład, bo skoro tam się udało, to znaczy, że można. Trzeba mieć jednak świadomość, że samo się to nie wydarzy. Tego trzeba się nauczyć i wypracować. Wideo relację z tego seminarium można obejrzeć na mojej witrynie: https://moznainaczej.com.pl/panel-szkol-turkusowych-19-04-2018
Jakie bariery utrudniają szkołom wejście w turkus?
W szkołach publicznych widzę dwie główne przeszkody. Pierwsza to wynagrodzenia i warunki pracy. Nauczyciele zarabiają mało, są przepracowani, często pracują w kilku szkołach i dodatkowo dają korepetycje. Do tego dochodzą systemy motywacyjne, które zamiast wspierać, demotywują, bo nagradzają punktami za formalności, a nie za rzeczywistą pracę z uczniem. Podobne problemy są na uczelniach - kontrakty, system punktowy i presja publikacji tworzą pokusę oszustwa. Druga bariera to nastawienie na testy. Uczniowie mają się uczyć wypełniania testów, a nie rozumienia świata. Nawet jeśli nauczyciel i uczeń chcą inaczej, często rodzice oczekują przygotowania do testów, bo to ważne dla zdania egzaminów na uczelnie. W efekcie nowoczesne metody edukacyjne trudno wprowadzić.
Od czego najlepiej zacząć wprowadzanie turkusowego zarządzania w szkole i jak można przełamać opór wobec zmian?
Niektórzy ludzie czują się zagrożeni, słysząc, że coś będzie zmieniane. Okopali się w swoim „dołku” – „Tu jest źle, ale przynajmniej wiem, jak jest. A w tym nowym nie wiem, czy sobie poradzę?” To poważna bariera do pokonania. Gdybym miał doradzić edukatorom szkolnym, od czego zacząć, powiedziałbym: znajdźcie zalążek, niewielką grupę inicjatywną. Nie trzeba od razu wciągać wszystkich nauczycieli. Stwórzcie pilotażowy projekt, pozwólcie tym osobom przeczytać materiały i może odwiedzić szkołę, która już działa w sposób turkusowy. Obserwacja w praktyce jest niezwykle pouczająca.
W turkusowych organizacjach dużo mówi się o odpowiedzialności i zaufaniu. Jak uczyć młodych ludzi odpowiedzialności za własną pracę, aby byli gotowi do pracy w zawodzie?
To jest przede wszystkim zadanie psychologiczne, nie organizacyjne. Najlepiej uczy się młodych ludzi (i nie tylko młodych!) poprzez wspólne realizowanie projektów. W wielu turkusowych szkołach cały proces dydaktyczny opiera się na pracy projektowej, gdzie uczniowie wykonują zadania praktyczne i uczą się przy tej okazji różnych kompetencji. W jednej z brytyjskich szkół uczniowie projektują i budują od podstaw rower z wykorzystaniem wiedzy z matematyki, geometrii, techniki i podzielenia się zadaniami w zespole. To pozwala im zrozumieć wartość współpracy, a nie tylko słuchać pogadanek o tym, że jest ona ważna. W obecnym systemie przeszkodą jest dziewiętnastowieczna zasada, że praca ma być „samodzielna”. Wykluczenie pracy zespołowej powoduje, że młodzi ludzie nie potrafią współpracować w życiu dorosłym, gdzie większość zadań wykonuje się w grupach. Turkusowe samozarządzanie uczy zespoły odpowiedzialności za realizację zadań i samodzielnego ustalania dróg ich realizacji. W ten sposób uczniowie budują zaufanie i rozumieją, że ich odpowiedzialność wpływa na społeczność.
Czy nauczyciel powinien być bardziej „mistrzem” niż tradycyjnym „kontrolerem”?
Zdecydowanie mistrzem! Ale aby to osiągnąć, musi on zdobyć zaufanie uczniów, ich przekonanie do jego kompetencji, uczciwości i gotowości do wsparcia w każdej sytuacji. Uczeń musi czuć, że może przyjść z pytaniem, nawet jeśli oznacza to przyznanie się do niewiedzy. Coraz częściej eksperymentuje się też z nauczaniem bez tradycyjnych ocen. Uczniowie dowiadują się od nauczycieli, co mają poprawić, czy też doskonalić, i uczą się samodzielnie uzupełniać braki. Lepsi dostają trudniejsze zadania nie dla stopnia, lecz dla własnej satysfakcji. Dzięki temu uczą się oceniać własną pracę, rozwijają motywację i odpowiedzialność. Nauczanie bez ocen naprawdę działa i przynosi realne efekty.
Czy uważa Pan, że młodzi ludzie mogą zmieniać swoje miejsca pracy „od środka”, wprowadzając elementy turkusowej kultury, nawet jeśli firma działa tradycyjnie?
Moim zdaniem to prawdopodobnie najlepsza droga – właśnie zmiana „od środka” a nie od góry. Najlepsza sytuacja jest wtedy, gdy to pracownicy sami podejmą inicjatywę i przekonają dyrekcję do jej realizacji. Zawsze powtarzam moim słuchaczom, którzy często pytają, czy można coś wprowadzić tylko częściowo: można i nawet trzeba od tego zacząć. W firmie większej niż kilkuosobowa, zdecydowanie nie zalecałbym od razu zmiany całej organizacji. Lepiej zacząć od grupy pilotażowej, kilku entuzjastów, którzy wprowadzą zmiany stopniowo.
W Pana książce „Doktryna jakości - rzecz o turkusowej samoorganizacji” zebrał Pan zasady budowania turkusowej organizacji. Jakie są najważniejsze z nich?
To prawda, zebrałem dziesięć dobrze znanych zasad, które nazwałem „turkusowym dekalogiem”. Pierwsza zasada mówi: Nie szukaj winnego, by go ukarać - szukaj przyczyny, by ją usunąć. Druga: Nie oczekuj perfekcji, której nie da się osiągnąć - oczekuj postępu, który zawsze jest możliwy. Trzecia: Unikaj współzawodnictwa, które niszczy partnerstwo - stwarzaj warunki do współpracy. Czwarta: Nie oceniaj, bo to niszczy - doceniaj, bo to wzmacnia. Piąta: Nie mów, co jest źle - mów, co może być lepiej. Szósta: Nie pytaj, co ludzie mogliby zrobić lepiej - pytaj, co im w pracy przeszkadza. Siódma: Nie buduj na kontroli - buduj na zaufaniu. Ósma: Nie mów, że ktoś jest zły - mów, jak Ty się z tym czujesz. Dziewiąta: Nie zarządzaj - twórz warunki do samoorganizacji. I ostatnia - dziesiąta: Nie bądź nadzorcą - bądź nauczycielem, moderatorem i uczniem. Zatem wszystko zaczyna się od refleksji i rozmowy, co chcielibyśmy poprawić i jak to zrobić. To jest dopiero początek.
Jak Pan Profesor widzi przyszłość szkół w Polsce? Czy turkusowe zasady mogą pomóc im lepiej przygotowywać uczniów do wyzwań rynku pracy?
W Polsce działa kilkadziesiąt tzw. szkół demokratycznych, które również można by określić jako „turkusowe”, choć one mogą nawet o tym nie wiedzieć. Ich specyfika polega na realnym wpływie uczniów na program zajęć, oczywiście w ramach podstawy programowej, i decydowani, od czego zaczną i jak będą poznawać temat. To podejście rozwijające samodzielność, kreatywność i pewność siebie, wpływające na późniejsze sukcesy w czasie studiów, mimo początkowych obaw rodziców. W tradycyjnej lekcji nauczyciel często koncentruje się na sprawdzaniu obecności, zadaniach domowych i kopiowaniu wiedzy z tablicy. W nowoczesnej dydaktyce uczniowie zaczynają od zebrania tego, co już wiedzą, a następnie sami wskazują, czego chcą się dowiedzieć. Poszukują informacji w podręcznikach, Internecie czy bibliotece, a potem dzielą się swoimi odkryciami z klasą. Nie ma tu ocen ani presji. Uczą się razem, inicjując dyskusje i rozwijając poczucie sprawczości. Takie „turkusowe” podejście nie tylko angażuje uczniów i sprawia, że lekcje stają się ciekawe, ale także przygotowuje młodych ludzi do rynku pracy, rozwijając miękkie kompetencje: współpracę, odpowiedzialność i samodzielność.
Jakie są Pana marzenia dotyczące edukacji? Gdyby miał Pan możliwość wprowadzenia zmian w systemie, co by to było?
Chciałbym przede wszystkim podnieść wynagrodzenia nauczycieli i uwolnić ich od konieczności zdobywania punktów, co dotyczy również nauczycieli akademickich. Marzę o uelastycznieniu ram programowych, tak aby nauczyciele mogli bardziej samodzielnie wybierać szczegóły tego, czego uczą. Równocześnie chciałbym ich odciążyć od dodatkowej pracy zarobkowej, aby mieli czas na dokształcanie się i naukę nowych metod progresywnego nauczania oraz nowoczesnego zarządzania szkołą. Tylko wtedy edukacja mogłaby przestać być jedynie przekazywaniem wiedzy, a stać się procesem samoorganizacji, w którym każdy uczestnik doświadcza znaczenia swojej pracy i może realnie wpływać na rozwój całej szkoły.
Bardzo dziękuję za tę niezwykle interesującą rozmowę.
Rozmawiał Piotr Szreniawski
Wywiad ukazał się w ZESZYTACH NAUKOWYCH Wyższej Szkoły Humanistyczno-Ekonomicznej
im. Jana Zamoyskiego z siedzibą w Zamościu, nr 8 z 2022 r.
Co Pan Profesor sądzi o okresowych ocenach pracowniczych?
Jestem im stanowczo przeciwny. Nie służą niczemu dobremu, natomiast budują atmosferę zagrożenia. Piszę o tym w III wydaniu mojej „Doktryny jakości” w rozdziale 9.3.3. „Rezygnacja z ocen rocznych”. Książkę w wersji PDF można bezpłatnie pobrać ze strony Co się składa na trzecie wydanie. Polecam też książkę Samuela A. Culberta i Lawrenca Routa, „Skończ z okresową oceną pracowników”, której recenzję można przeczytać na stronie Samuel A. Culbert, Lawrence Rout, Skończ z okresową oceną pracowników, MT Biznes, Warszawa 2012. Autorzy piszą w niej m.in.: W praktyce roczne przeglądy są chorobą unicestwiającą długofalowe planowanie, niweczącą pracę zespołową, zachęcającą do rywalizacji i rozgrywek wewnętrznych, gnębiącą i niszczącą ludzi, doprowadzającą ich do rozpaczy, czyniącą ich niezdolnymi do pracy przez wiele tygodni po poznaniu uzyskanego przez nich wyniku.
W jaki sposób mentoring powinien być stosowany w administracji publicznej?
Dla mnie mentoring jest uniwersalnym paradygmatem zdobywania wiedzy i umiejętności w bezpośrednim i częstym kontakcie mentoranta (proponuję taki termin jak odpowiednik angielskiego mentee) z mentorem. Nie widzę powodu, dlaczego w administracji publicznej miałoby być inaczej.
Czy administracja publiczna może stać się organizacją turkusową?
Każda organizacja, w której ludzie wykonują pożyteczną pracę zespołową, a instytucje administracji publicznej takimi są, ma potencjał, by stać się organizacją turkusową. Ostatecznie jednak wszystko zależy od ludzi, od ich zrozumienia, czym jest turkus i od gotowości do jego wprowadzenia. Szczególną trudnością mogą być, rzecz jasna, przepisy, na które pracownicy administracji publicznej mają niewielki wpływ. Myślę jednak, że zawsze można znaleźć pewien obszar, w którym daje się kształtować turkusową cywilizację. Żaden przepis nie zabrania przecież życzliwej i empatycznej komunikacji. Nie zabrania też budowania zaufania i poczucia odpowiedzialności.
W tym miejscu warto pamiętać, że zjawisko organizacji „całkowicie turkusowej” nie istnieje. Cywilizacja turkusowa to stan ciągłej zmiany i doskonalenia. Istnieją też organizacje, które można uznać za turkusowe, mimo że w pewnych okolicznościach realizują zadania w trybie nakazowym. Ciekawym przykładom takich sytuacji poświęcone są książki Michaela Abrashowa Captain D. Michael Abrashoff, It’s Your Ship — Management Techniques from the Best Damn Ship in the Navy, Business Plus, New York, Boston 2002 oraz Davida Marqueta L. David Marquet, Zmień kurs. Prawdziwa historia przemiany przywództwa, OSMPOWER 2019 będące relacjami kapitanów okrętów bojowych amerykańskiej marynarki wojennej. W obu przypadkach turkusowość polega m.in. na tym, że marynarz zawsze może porozmawiać ze swoim dowódcą o wydanym rozkazie, choć oczywiście nie wtedy, gdy ma ten rozkaz wykonać. Na obu tych okrętach marynarze podejmują znacznie więcej decyzji niż przy tradycyjnym dowodzeniu.
Co bardziej niszczy naukę w Polsce, władza centralna czy wewnętrzna kultura organizacyjna?
Odnoszę wrażenie, że oba czynniki niszczą ją w porównywalnym stopniu. Władza niszczy naukę głównie przez dwa swoje działania:
W ostatnim czasie niszczący naukę efekt punktozy został dodatkowo wzmocniony przez polityczne decyzje dotyczące rankingu czasopism i wydawnictw naukowych. Z kolei kultura organizacyjna wielu uczelni i instytucji naukowych jest zbudowana na najgorszych wzorcach kultury korporacyjnej nierzadko opartych na braku poszanowania dla człowieka, braku zaufania, a także na przemocy i wyniszczającym współzawodnictwie. Te zjawiska w połączeniu z punktozą tworzą warunki pracy przekraczające swoją toksycznością nawet to, co obserwujemy w najbardziej agresywnych korporacjach. Były arcybiskup Canterbury mówi o "nowym barbaryzmie na uniwersytetach". Pisze on, że systemy parametrycznej oceny są nosicielami rzeczywistej władzy: decydują o wartościach, tożsamościach i środkach do życia (Morrish Liz, Pressure Vessels: The epidemic of poor mental health among higher education staff, HEPI Occasional Paper 20)
Więcej na temat toksycznych warunków pracy na uniwersytetach piszę w moim eseju Utopijny uniwersytet dla realistów opublikowanym w wydawnictwie Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie, a także w rozdziale 8.8 „Akademia w oparach absurdu” w trzecim wydaniu mojej książki, o której była już mowa.
Na szczęście, w reakcji na ten stan rzeczy pojawiają się już inicjatywy zmierzające do jego zmiany. Jedną z nich, na forum międzynarodowym, jest DORA (The Declaration on Research Assessment), która stawia sobie za cel zmianę sposobów oceny prac naukowych. Do dnia 12 marca 2021 r. podpisało ją 19.254 osób i organizacji ze 145 krajów.
Z kolei na forum krajowym od roku 2021 działa ogólnopolskie seminarium Co się dzieje z uniwersytetem?” współprowadzone przez prof. Annę Gizę-Poleszczuk, prof. Jerzego Hausnera, dra Łukasza Stankiewicza i przeze mnie. Wstęp wolny, serdecznie zapraszam. W ramach tego seminarium prowadzę "podstolik" o nazwie Uniwersytet Moich Marzeń, gdzie staramy się wypracować ideę idealnej uczelni. Osoby zainteresowane współpracą mogą do mnie napisać na adres Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript..
Jak prowadzi się badania naukowe w zakresie informatyki?
W obszarze nauki dzisiejsza informatyka dzieli się pomiędzy dwie dziedziny: nauki techniczne i nauki matematyczne. W tych też dziedzinach nadaje się stopnie naukowe doktora i doktora habilitowanego w zakresie informatyki. Oba obszary oczywiście się przeplatają, przy czym w naukach technicznych główny nacisk kładzie się na tworzenie i badanie konkretnych systemów informatycznych, a w naukach matematycznych na tworzenie teorii matematycznych opisujących zjawiska i obiekty informatyczne.
W pierwszym obszarze są więc rozwijane i badane inżynieryjne metody tworzenia systemów informatycznych takich jak np. systemy operacyjne, kompilatory i interpretery języków programowania, mikroprogramy sterujące maszynami autonomicznymi, czy też bazy danych.
Z kolei w drugim, który od roku 1972 nosi nazwę matematycznych podstaw informatyki, powstało wiele teorii, na przykład dotyczących składni i semantyki języków programowania, dowodzenia poprawności programów, złożoności obliczeniowej algorytmów, czy też systemów współbieżnych. W tym miejscu warto zauważyć, że we wczesnym okresie rodzenia się informatyki jako nauki, w latach 1950 – 1970, wielu akademickich informatyków uważało, że świat informatyki nie poddaje się opisowi w języku matematyki. To przekonanie brało się z faktu, że znane wówczas teorie matematyczne, powstały w XIX i XX wieku z myślą o zastosowaniach najpierw głównie w astronomii, geodezji i fizyce, a później w naukach biologicznych i społecznych. By opisywać świat informatyki potrzeba było nowej matematyki, którą dziś określa się mianem matematyki dyskretnej.
Osoby zainteresowane badaniami w obu wymienionych zakresach zapraszam do współpracy w moim projekcie Denotacyjna Inżynieria Języków Programowania. Więcej na stronie Why this project?
Wywiad ukazał się w Gazecie Wyborczej w styczniu 2018 r.
Pracuję nad trudną książką i po trzech godzinach czuję się jak człowiek, który kolejnego worka już nie podniesie. Idę wtedy na siłownię i się regeneruję - mówi 78-letni prof. Andrzej Blikle, matematyk, doradca firm i propagator turkusowego modelu zarządzania.
Olimpia Wolf: Czego młodzi mogą nie wiedzieć o pracy po siedemdziesiątce?
Prof. Andrzej Blikle: Tego, że utrata sprawności umysłowej to mit. Co innego, jeśli ktoś cierpi na demencję, ale to choroba. Starsza osoba może mieć kłopoty ze wzrokiem, więc nie będzie pracowała jako kierowca, nie mówiąc już o pilotowaniu samolotów, ale do bardzo wielu profesji nadal się nadaje. Sprawność umysłowa w starszym wieku zazwyczaj pozostaje bardzo dobra. Najwięcej aktywnych starszych ludzi znam w obszarze nauki. Mam kolegów, z którymi zaczynałem pracę naukową. W tej chwili mają tyle lat, co ja, czyli 78, niektórzy więcej, i prawie wszyscy nadal pracują.
Inne mity?
Że starszy człowiek niczego się już nie nauczy. Badania naukowe wykazały, że z wiekiem tempo przyswajania wiedzy nie spada. Zmniejsza się jedynie zdolność oduczania się i wyzbywania nawyków – ale nie skokowo, tylko powoli, przez całe życie. Dzieje się tak dlatego, że im dłużej dany nawyk jest praktykowany, tym bardziej się on utrwala.
A więc mamy potencjał biologiczny do pracy w późnym wieku?
Tak, tym bardziej że w XXI wieku w sensie biologicznym starość przychodzi później – szczególnie w krajach bogatych, a my do takich należymy. Nasza zdolność do wykonywania pracy trwa znacznie dłużej również dlatego, że w krajach bogatych dużo więcej osób niż kiedyś pracuje umysłowo, i to nawet w zawodach zwanych „robotniczymi”. Dziś operator koparki nie pracuje przecież mięśniami, tylko głową, ponieważ musi umieć sterować swoją maszyną.
Po osiągnięciu wieku emerytalnego ludzie nie zawsze są dobrze traktowani w pracy.
To bardzo bolesny problem, szczególnie w Polsce. Opisuje go m.in. Rafał Woś w wydanej niedawno książce „To nie jest kraj dla pracowników”. Pokazuje folwarczny styl zarządzania, który zakłada, że ludzie są z natury leniwi i nieuczciwi, wobec czego trzeba ich pilnować i zaganiać do roboty. Do dziś w wielu firmach i instytucjach wygląda to tak, jakby nad bezrozumnym chłopem stał okrutny i arogancki ekonom. To częsty powód, dla którego ludzie chcą jak najszybciej przejść na emeryturę – by uniknąć ciągłej niepewności, lęku, poniżania. Tego typu zarządzanie dotyka wszystkich generacji, ale ludzie starsi, którym trudniej znaleźć inną pracę, są bardziej narażeni na nieludzkie maniery przełożonych, bardziej bezbronni. Jeszcze rok czy dwa lata temu uważało się, że ktoś, kto skończył 50 lat i stracił pracę, nie ma szans na kolejną, bo zbliża się do emerytury.
Obecnie brakuje pracowników, więc przyjmuje się niemal każdego, kto coś potrafi i jest gotów pracować. Jednak problem folwarczności pozostał i należy z nim walczyć.
Istnieją też przedsiębiorstwa, w których starsze osoby nie chcą odchodzić na emeryturę. To firmy zarządzane w modelu zwanym turkusowym, zdefiniowanym i opisanym przez Frederica Laloux w książce „Pracować inaczej”. W skrócie polega on na tym, że zespół ludzi jednoczy się wokół wspólnego zadania, obdarza się zaufaniem i buduje relacje na fundamencie partnerstwa i współpracy. Szef nie wydaje poleceń, a decyzje w sprawie podziału zadań podejmowane są zespołowo. To całkiem nowy paradygmat organizowania pracy zespołu, a nie jedynie zmiana podmiotu zarządzającego. Brzmi to dość idealistycznie, jednak takie firmy – również w Polsce – powstają coraz liczniej i radzą sobie lepiej od innych. Od lat propaguję ten sposób zarządzania.
W późniejszym wieku chętnie pracują naukowcy i pracownicy turkusowych organizacji. Kto jeszcze?
Wszyscy, którym aktywność zawodowa zapewnia wyzwanie. Praca nudna poprzez swoją monotonię – nawet jeśli nie jest fizycznie uciążliwa – nie buduje motywacji, więc starsza osoba woli w takim przypadku przejść na emeryturę. Dlatego jeśli praca sama w sobie nie dostarcza inspiracji, mądre firmy coraz częściej dbają o to, by wraz z pracownikami realizować cele społeczne. Znam wiele takich firm, część z nich jest zarządzana według modelu turkusowego. Dla nich zysk nie jest głównym celem, lecz tylko środkiem do realizowania innych wartości. Na przykład tego, by pracownicy byli szczęśliwi.
Górnolotnie.
Może to tak brzmi, ale okazuje się, że firmy, które tak działają, zarabiają więcej pieniędzy. Jedna z nich, w Gliwicach, produkuje uszczelki i podkładki. Produkty te można coraz lepiej wytwarzać, lecz pole do inspiracji jest tu małe. Dlatego firma realizuje program społeczny, który polega na wspieraniu lokalnych artystów, sportowców i osób w ciężkim położeniu coroczną kwotą 600-800 tys. zł. Pracownicy wytwarzający podkładki mogą uczestniczyć w tym programie, wyszukując osoby potrzebujące wsparcia, przeprowadzając z nimi wywiady, typując do pomocy. W efekcie to nie uszczelki, a praca społeczna nadaje sens ich działaniom.
Pan również pracuje, choć jest już w wieku emerytalnym: doradza firmom, prowadzi wykłady na temat turkusowego zarządzania…
… i jeszcze matematyka. Dwa lata temu do niej wróciłem.
Po 25 latach przerwy?
Tak. Przez pierwsze 30 lat pracy zawodowej zajmowałem się matematycznymi podstawami informatyki, aż w wieku 50 lat zostawiłem matematykę, by zająć się rodzinnym przedsiębiorstwem, i prowadziłem je 20 lat. W tym samym czasie zacząłem się uczyć nowoczesnych metod zarządzania jakością, później nazwanego turkusowym. Zacząłem prowadzić wykłady dla pracowników, potem dla ludzi z zewnątrz. Od około 15 lat zajmuję się „dydaktyką podyplomową”, czego zwieńczeniem była wydana w 2015 r. książka „Doktryna jakości”, nad którą pracowałem 17 lat (jest już drugie wydanie, uzupełnione o nowe rozdziały).
Mam więc trzy zawody: jestem naukowcem i nauczycielem akademickim w obszarze matematyki i informatyki, przedsiębiorcą, a także nauczycielem akademickiego w dziedzinie przedsiębiorczości. Dwa lata temu wróciłem do pracy nad moją książką o informatyce, którą niedługo skończę. No i mam nadzieję, że będę wygłaszał wykłady z matematycznych podstaw informatyki na Uniwersytecie Warszawskim. Chciałbym uruchomić projekt badawczy poświęcony tej tematyce.
Czyli?
Gdy kupujemy jakiś produkt informatyczny – na przykład arkusz kalkulacyjny, oprogramowanie telefonu czy system zarządzania lotniskiem – musimy podpisać oświadczenie o zrzeczeniu się wszelkich roszczeń, w razie gdyby błędy zawarte w programie doprowadziły do szkód. Taki standard. Firmy informatyczne wmówiły ludziom, że inaczej się nie da. Proszę sobie jednak wyobrazić sytuację, w której kupując nowy samochód podpisuje pani deklarację, że jeśli hamulce nie zadziałają, nie będzie pani skarżyć producenta.
Nikt by takiego samochodu nie kupił.
Oczywiście. Tymczasem produkty informatyczne z taką klauzulą kupują wszyscy, bo nie ma innej oferty. Bo inżynier software’owiec pracuje jak cieśla, który buduje most z bali sosnowych: przychodzi nad rzeczkę i nie oblicza, lecz tylko szacuje sobie długość i grubość bali. Tymczasem profesjonalny inżynier budowy mostów przygotowuje projekt na podstawie obliczeń, a przed oddaniem mostu do użytku wykonuje testy obciążeniowe. Tak zbudowane mosty z reguły się nie zawalają, natomiast „mosty” informatyczne zawalają się praktycznie zawsze, również u użytkownika, gdzie zaczyna się proces usuwania błędów kosztujący często więcej niż budowa samego systemu. Na dodatek nigdy nie ma pewności, że jakieś błędy się nie ostały. I zwykle się ostają. Dlatego gdy kupujemy np. system finansowo-księgowy, poza podpisaniem klauzuli o zrzeczeniu się praw do roszczeń, podpisujemy umowę dotyczącą „pielęgnacji systemu” – czyli w praktyce usuwania błędów producenta na koszt użytkownika.
Pracuję nad modelami matematycznymi, na podstawie których zaproponuję narzędzia umożliwiające informatykom wzięcie odpowiedzialność za to, co robią.
Matematyka to pana zawodowa miłość?
Absolutnie. Fascynuje mnie, bo to język opisu świata. Do połowy XX wieku był tworzony na potrzeby astronomii, fizyki, kartografii, biologii, potem nauk społecznych i badań statystycznych. Jednak jeszcze w latach 50. nie nadawał się do opisywania zjawisk informatycznych. Naukowcy zaczęli się tym zajmować dopiero w latach 60. Byłem wśród nich.
Upowszechnianie zarządzania jakością i modelu turkusowego to też pionierska praca.
Podobnie jak na początku w matematyce, i tu spotkałem się z niedowierzaniem i lekceważeniem. 20 lat temu ludzie wychodzili z mojego wykładu, pukali się w czoło i mówili, że to bez sensu, nie da zrobić, za łatwo brzmi. 10 lat temu mówili: to piękne, co pan opowiada, ale to utopia. Ale z czasem zaczynała się tym interesować coraz większa grupa ludzi, a od trzech lat obserwuję wręcz skokowy wzrost zaciekawienia turkusowym zarządzaniem. Gdy ktoś podchodzi do mnie po wykładzie i mówi: „przeczytałem pana książkę i już tak zarządzam” – serce mi rośnie. Ale czuję też przekorę: „a nie mówiłem?”.
Czasem słyszę: „w naszej firmie to się nie uda”. Cytuję wtedy Jacka Fedorowicza, który w czasie stanu wojennego mawiał: „Ja się tak urządzam, aby pięć metrów wokół mnie nie było komunizmu”. Więc – mówię im – też możecie się zorganizować, żeby przynajmniej w waszym zespole było „turkusowo”: zacznijcie od eliminowania agresji w komunikacji między wami.
Jeżeli coś cię w kimś razi, nie mów: „jesteś mało odpowiedzialna” tylko: „twoje zachowanie powoduje, że ja się z tym źle czuję. Może byśmy porozmawiali? Może można coś w tej sprawie zrobić?”
Proponuje pan inny styl komunikacji i prowadzenia trudnych rozmów. W książce „Doktryna jakości” dużo pan o tym pisze. Czego matematyk szuka w psychologii?
Matematyka pozwala zrozumieć świat. Psychologia też, tylko inny – świat ludzkich zachowań i relacji. Zawsze mnie to pociągało. Już w latach 60. i 70. prowadziłem zespół badawczy w sposób turkusowy. Bez względu na stopień naukowy, mówiliśmy sobie po imieniu, a gdy młody naukowiec publikował badanie, nie musiał dopisywać do publikacji nazwiska kierownika, dzięki czemu miał na koncie samodzielne prace potrzebne do ubiegania się o habilitację.
Intuicyjnie pan tak zarządzał?
Tak. O takim stylu zarządzania już w latach 50. pisał Edwards Deming, ale wtedy nic o tym jeszcze nie słyszałem. Po prostu lepiej się czułem, gdy traktowaliśmy się po partnersku. Nigdy nie miałem potrzeby wyróżniania się za pomocą tytułów naukowych.
Pana książka i strona internetowa zaczynają się sentencją ekonomisty i filozofa Friedricha Augusta von Hayeka: „Rozwój polega na tym, że nieliczni przekonują wielu. Nowe myśli muszą się gdzieś pojawić, zanim będą mogły stać się poglądami i większości”. Jest pan jednym z tych nielicznych?
Trochę tak było na początku mojej pracy naukowej nad matematycznymi podstawami informatyki. Wtedy, w latach 60., w Polsce zajmowało się tym zaledwie kilku naukowców, na świecie może kilkuset. Byliśmy młodzi, nikt nas nie znał. Ile się z nas nawyśmiewano… - w równej mierze informatycy i matematycy. Pierwsi uważali, że to, co robimy, jest zbyt teoretyczne, drudzy – że za łatwe, a jak łatwe, to nic niewarte. I cóż z tego, że teorii nie może spotkać nic lepszego niż to, że jest prosta, skoro za trudną dostaje się habilitację, a za prostą nie?
Teraz znowu chcę zrobić coś takiego, co może się spotkać z niedowierzaniem. Inni mogą powiedzieć: „co może zaproponować facet, który przez ostatnie 25 lat nie zajmował się matematyką i informatyką?” Ale gdy ostatnio natknąłem się na książkę, w której pięciu autorów napisało, że tego, co chcę zrobić, zrobić się nie da, bardzo mnie to zmobilizowało.
Taka praca daje szczęście?
Z książek prof. Janusza Czapińskiego dowiedziałem się, że szczęście można podzielić na hedonistyczne i eudajmonistyczne, które on nazwał gratyfikacyjnym. Hedonistyczne związane jest z konsumpcją jakiś dóbr. Nie ma w nim niczego nagannego, ale jest ulotne – trwa tak długo, jak długo trwa konsumpcja.
Szczęście gratyfikacyjne osiągamy poprzez każde działanie, które przynosi pożytek innym. Trwa ono od momentu gdy zrobiliśmy coś dobrego do końca życia. Można powiedzieć, że praca naukowa i rozpowszechnianie modelu turkusowego zarządzania to źródła mojego szczęścia gratyfikacyjnego.
Ze szczęściem wiąże się dobre życie, o którym pan pisze: „Dobre życie to poczucie, że to, co robimy, jest ważne, komuś potrzebne, pozwala nam się rozwijać, pozwala wykorzystywać i doskonalić nasze talenty”.
Ludzie często chcą w życiu osiągnąć sukces, który kojarzy się im z pieniędzmi. Chcą za nie „kupić” dobre życie, w którym nie będą musieli chodzić do „cholernej roboty”, tylko zajmą się czymś, co ich pasjonuje, na przykład renowacją starych mebli albo hodowlą gołębi. W podejściu „turkusowym” myślimy odwrotnie: Jeżeli coś jest twoim celem ostatecznym, to dlaczego nie miałoby być celem na teraz? Już dziś postaraj się o dobre życie, któremu praca nadaje sens, choć oczywiście nie tylko ona ma mieć tę funkcję. Jeżeli masz poczucie, że robisz coś, co jest potrzebne, nikogo nie oszukujesz, nie krzywdzisz, a przy tym się rozwijasz, możesz być z siebie dumnym – to masz dobre życie.
W 2012 roku pana rodzina utraciła wpływ na zarządzanie firmą Blikle, a pan pozostał jej mniejszościowym udziałowcem.
Miałem poczucie sukcesu przez 20 lat prowadzenia firmy. Cieszę się, że teraz mogę zajmować się dydaktyką i nauką, ale nie jestem szczęśliwy z powodu tego, co się stało z firmą: mój syn nią już nie zarządza, a rodzina nie ma na nią wpływu. W życiu miałem różne porażki, które obracały się na moją korzyść: nie przyjęli mnie na elektronikę i dzięki temu poszedłem na matematykę; nie dostałem kredytu na rozwój firmy, na którym mi zależało, dzięki czemu uchroniłem się przed „wrogim przejęciem”. Ale utrata mojej rodzinnej firmy to klęska, która na żaden sukces się nie przełożyła. Porażka zbyt bolesna, by więcej o niej mówić.
Co pan, zapalony górski wędrowiec, widzi, wchodząc dziś na szczyt jakiejś góry?
Kolejną górę. Chodząc po Tatrach, a potem po Pieninach, zaobserwowałem zupełnie różne krajobrazy. W Pieninach wchodzę na górę i jestem na niej. W Tatrach wchodzę – i okazuje się, że przede mną jest kolejna, wyższa, tylko stok mi ją do tej pory zasłaniał.
W życiu też tak mam: wchodzę na górę i widzę następną. Gdybym nie mógł dalej iść, czułbym się bardzo źle. No bo wtedy to już tylko schodzić...
Co powiedziałby pan innym ludziom z tej góry?
Powiedziałbym, że musimy uczyć się pozytywnej komunikacji, tj. nie prowokującej do obrony, ale do współpracy. Bo gdy ktoś czuje się atakowany, może odpowiedzieć agresją. Można zacząć od rodziny, znajomych, kolegów w pracy: używajmy komunikatu „ja” zamiast „ty”. Komunikatem „ty” wyrażam moją opinię o kimś, komunikatem „ja” opisuję moje uczucia i emocje związane z czyimś zachowaniem. Zapytaj tego drugiego, czego potrzebuje, by to, co robi, mógł zrobić lepiej lub inaczej. Jakaś zachęta? Rada? Narzędzie? A może chciałby się czegoś nauczyć? To skuteczne, bo nie budzi oporu, potrzeby obrony, nie upokarza. Powszechne obniżenie poziomu agresji w komunikacji bardzo by nam się wszystkim przydało. Ale też nie stawiajmy się ponad naszym rozmówcą. Nie przychodźmy jako mentor, ale jako partner i przyjaciel.
Po kilkudziesięciu latach pracy przychodzi emerytura. Co z tymi, którzy nadal chcą być aktywni, ale już poza zawodem?
Powinni się do tego wcześniej przygotować. Mieć plan, co będą chcieli na emeryturze robić. Można działać społecznie, jest wiele organizacji, które potrzebują ochotników do pracy. Ja działam w trzydziestu.
Jakieś ulubione?
Stowarzyszenie Inicjatywa Firm Rodzinnych. W 2008 roku byłem jego członkiem współzałożycielem i przez osiem lat prezesem zarządu. Budowałem je z moimi koleżankami i kolegami. Byłem również członkiem założycielem i prezesem Polskiego Towarzystwa Informatycznego. W 1981 roku założyliśmy je na fali przemian. Wcześniej nie pozwalano informatykom się zrzeszać. Władze PRL-u uważały, że możemy być zagrożeniem dla reżimu. Bliskie jest mi również Polskie Towarzystwo Matematyczne – pierwsza organizacja, do której się zapisałem, nie licząc PTTK.
Co starszym ludziom daje praca społeczna?
Sens życia. Jeśli nie chodzisz już do pracy, która ci ten sens dawała lub – być może – niszczyła go, to teraz, na emeryturze, możesz się wreszcie zająć tym, co lubisz. Wiele osób w starszym wieku, szczególnie w biznesie, służy swoją wiedzą, bezpłatnie doradzając firmom. To zajęcie proponuję przedsiębiorcom rodzinnym, którzy przekazali już swoje firmy sukcesorom.
Co sprzyja aktywności po siedemdziesiątce?
Utrzymywanie kondycji fizycznej. Chodzę na siłownię, staram się ćwiczyć dwa, trzy razy w tygodniu. Uprawiam też narciarstwo zjazdowe, skialpinizm, wioślarstwo na łodziach olimpijskich klasy skiff, windsurfing. Nie wyobrażam sobie wakacji na leżaku – jeżdżę na rowerze, surfuję, pływam łódką. Zawsze tak miałem.
Forma fizyczna jest bardzo ważna również dla umysłu. Pracuję teraz nad trudną książką i po trzech godzinach czuję się jak człowiek, który kolejnego worka już nie podniesie. Idę wtedy na siłownię i się regeneruję.
Aktywności sprzyja też doświadczenie zawodowe. Napisałem wiele prac matematycznych, doradzałem wielu firmom. Doświadczenie wielu klęsk też pomaga, bo wiem, że po każdej z nich można się podnieść.
Coś przeszkadza?
Wzrok mi się trochę psuje. Ale nie jestem pilotem szybowca, więc mnie to z gry nie wyklucza. Poza tym nie widzę szczególnych ograniczeń.
Słowo wygłoszone w czasie uroczystości pogrzebowych w dniu 18 sierpnia 2020 roku.

Prywatna teoria tworzona przez każdego z nas na prywatny użytek dzieli ludzi na uczciwych i nieuczciwych, porządnych i łajdaków, i twierdzi, że kogoś kto ceni powszechnie uznane wartości moralne, można poznać po jego czynach. To błąd. Człowiek nie jest, lecz bywa porządny: bywa dobrym lub złym ojcem, czasami kłamie, a czasami mówi prawdę, wierzący i praktykujący od czasu do czasu grzeszą. Świat społeczny składa się wyłącznie z takich właśnie ludzi, którzy bywają „porządni” i „nieporządni”.
Ta jedna z najważniejszych myśli, jaką zostałem kiedykolwiek obdarowany, pochodzi od Marka, i od niej właśnie zaczyna się jego książka Wartości, godność i władza — dlaczego porządni ludzie czasem kradną, a złodzieje ujmują się honorem.
Kilku miałem nauczycieli, którzy wpłynęli na moje życie. Etosu pracy uczyli mnie rodzice, matematyki — mój mistrz prof. Andrzej Mostowski, a zarządzania godnościowego — prof. Marek Kosewski. To dzięki jego książce zacząłem rozumieć jak działają mechanizmy godnościowe, a także czym jest anomia pracownicza i jak sobie z nią radzić.
Marka poznałem w pierwszej połowie dekady lat 2000. na konferencji organizowanej przez Akademię Leona Koźmińskiego. Później prowadziliśmy wiele rozmów, głównie w jego gabinecie w Wyższej Szkole Finansów i Zarządzania w Warszawie, gdzie piastował funkcję prorektora. Marek zapraszał mnie do swojej uczelni na gościnne wykłady, a raz organizowaliśmy tam wspólnie konferencję. Prowadziliśmy też przez czas pewien seminarium dla jego doktorantów, z którego zapamiętałem ważną dla mnie wiadomość, że Abraham Maslow, twórca pojęcie zwanego Piramidą Maslowa, częściowo wycofał się ze swojej teorii.
Mieliśmy też w planie napisanie wspólnej książki o motywacji godnościowej. On z pozycji badacza, ja z perspektywy gospodarczego praktyka.
Pamiętam naszą ostatnią rozmowę w gabinecie Marka, na której był też Zbyszek Bujak. Snuliśmy wtedy projekt zorganizowania szkoły biznesu dla ludzi z Kijowskiego Majdanu, którzy po zakończeniu ich rewolucji pozostali bez pracy, a często też i bez domu. Zbyszek powiedział, że ukraińscy studenci zawsze pytają, jaką dostaną „bumagę” na koniec studiów. My jednak nie chcieliśmy studentów, którzy podejmowaliby studia dla „bumagi”. Wolelibyśmy, aby przychodzili do nas po wiedzę. Bo wiedza jest jak lina — jej nie da się pchać, można ją tylko ciągnąc. I wtedy narodził się pomysł, który nazwaliśmy „Biezbumażnyj Univiersitiet”. Miała to być uczelnia, gdzie studenci od pierwszego roku prowadziliby mikrofirmy wspierane administracyjnie przez uczelniany inkubatora, a merytorycznie — przez wykładowców. Studia trwałyby trzy lata, a kto chciałby na koniec bumagę, zamawiałby audyt swojej firmy.
Niestety, ani wspólna książka, ani Biezbumażnyj Univiersitiet nie powstały. Na drodze tych planów stanęły wydarzania z 26 października 2013 roku. Marek tak o nich pisał w liście otwartym do dyrektora szpitala, gdzie wprost z uczelni zabrało go pogotowie:
Mam 72 lata, jestem czynnym profesorem wyższej uczelni. Dnia 26 października 2013 w przerwie pomiędzy wykładami poczułem głuchy ból pod mostkiem, mdłości i poprosiłem o wezwanie ambulansu. Trzej ratownicy w czerwonych kombinezonach zrobili mi na miejscu kardiogram. (…) „Wygląda to na zawał”, powiedział jeden z nich i zarządzili odwiezienie mnie do szpitala. „Czy może Pan przejść sam, czy woli Pan nosze?” zapytali. To było moje pierwsze zdziwienie kompetencjami personelu medycznego SOR. Sądziłem, że to oni wiedzą lepiej, co można i należy robić w takiej sytuacji. Przeszedłem sam do karetki.
I dalej w szpitalu po 3,5 godzinnym oczekiwaniem na pomoc:
(…) pojawił się lekarz. Przywołałem go do siebie i ostrym tonem zapytałem, czy zdaje on sobie sprawę z tego, że mam zawał mięśnia sercowego, że przy zawale ważna jest każda minuta, że od 3,5 godziny mój mięsień sercowy obumiera, a on nic w tej sprawie nie robi. Zapytałem, co z moimi wynikami badania krwi. Lekarz zapewnił mnie, że natychmiast zapozna się z moją sprawą. Po chwili wrócił i powiedział, że przesyła mnie na kardiologię. Była godzina 15.30. Wyniki badania krwi wskazujące na wysoki poziom troponiny od ponad dwóch godzin leżały w dokumentacji i nikt się nimi nie interesował.
A przecież uważałeś Marku, że ludzie tylko „bywają źli”. Widać trafiłeś na niewłaściwy moment — Przyjacielu.
Dziś żegnamy Cię z wielkim bólem, ale i z tą pociechą, że Twoje mądre słowa pozostają z nami. Będziemy nieśli dalej Twoje przesłanie.
Niniejszy tekst jest przeznaczony dla osób, które pragną poznać podstawowe fakty dotyczące historii rodzinnej firmy A.Blikle z okresu 1869 – 2012, a więc do końca okresu, kiedy firmą zarządzała rodzina Blikle.
Rys historyczny
Firma A.Blikle została założona przez Antoniego Kazimierza Bliklego w roku 1869 i od dnia powstania do końca 2017 r. zajmowała lokal przy ul. Nowy Świat 35 w dawnym pałacyku Karola Bürgera kasjera głównego Dyrekcji Poczt Królestwa Polskiego . Początkowo lokal Firmy był niewielki. Później jednak, po przeniesieniu księgarni Arcta na północną stronę bramy został rozszerzony na cały parter po stronie południowej, a po zwolnieniu wozowni i stajni w południowej oficynie przeniesiono tam pomieszczenia produkcyjne. W lokalu od ulicy miejsce zajęły pomieszczenia cukierni oraz biuro właściciela.
Syn Antoniego Kazimierza, Antoni Wiesław Blikle rozbudowywał i unowocześniał dalej lokal Firmy. W roku 1921 dokonał gruntownej przebudowy wnętrza wzbogacając jego wystrój i wprowadzając orkiestrę. Cukiernia ,,A.Blikle'' była już wtedy modnym warszawskim lokalem licznie odwiedzanym przez znanych artystów.
Kolejny właściciel, Jerzy Blikle syn Antoniego Wiesława, dalej unowocześniał i rozbudowywał przedsiębiorstwo. W roku 1935 wnętrze cukierni zostało ponownie zmienione, a powierzchnia produkcyjna powiększona dwukrotnie. Liczba pracowników przekroczyła 100 osób. Firmowy samochód rozwoził zamówienia na zlecenia klientów.
W czasie Powstania Warszawskiego siedziba Firmy została spalona i zburzona. W lutym 1945 roku Prezydent Miasta przydzielił Firmie tymczasowy lokal przy Al. Jerozolimskich 45. Siedziba Firmy została odbudowana w jej przedwojennym rozmiarze obejmując w roku 1948 około 300 m2 powierzchni sklepowej i produkcyjnej. Firma przeniosła się znów na Nowy Świat 35.
We wczesnych latach 1950-tych Firma została usunięta przez ówczesne władze Związku Łowieckiego (warto pamiętać kto w owych czasach mógł uzyskać pozwolenie na broń!) z nowo odbudowanej pracowni, którą następnie zburzono by na jej miejscu postawić biura Związku. W okresie następnych trzydziestu lat Jerzy Blikle prowadził Firmę na przekór politycznym tendencjom ówczesnych władz zmierzającym do likwidacji sektora prywatnego. Oczywiście najcięższym okresem były lata stalinowskie, kiedy upaństwowiono olbrzymią większość prywatnych przedsiębiorstw. Przetrwanie naszej firmy w tym okresie należy zawdzięczać przede wszystkim nieugiętej postawie jej właściciela, wyrażanej słowami: ,,jak zabiorą to siła wyższa, ale sam nie oddam”. Należy pamiętać że w tamtych czasach wielu prywatnych przedsiębiorców dobrowolnie oddawało swoje firmy Państwu nie wytrzymując psychicznej presji politycznego terroru. Nie bez znaczenia był też zapewne fakt, że ówczesne władze o często sybaryckich upodobaniach nie chciały pozbawiać się właściwej jakości deserów na własnych stołach. Jerzy Blikle zmarł 26 lutego 1981 roku nie doczekawszy czasów kiedy mógłby rozwinąć Firmę na miarę swoich planów i ambicji.
Po śmierci Jerzego prowadzenie Firmy przejęli jego syn Andrzej oraz Maria Szukałowicz prawnuczka założyciela, która już wcześniej przez okres około dziesięciu lat pracowała u boku szefa. Do roku 1989-go ich główny wysiłek szedł w kierunku utrzymania renomy firmy, a prowadzeniem firmy na co dzień zajmowała się Maria Szukałowicz. Nie myśleli o rozszerzaniu działalności, gdyż nie było po temu warunków. Dopiero wydarzenia roku 1989 pozwoliły na nakreślenie obszernego programu rozwoju. Jest on realizowany do dzisiaj dalece przekraczając swoje wstępne założenia.
W styczniu roku 1990 r. Andrzej Blikle objął stanowisko prezesa zarządu, które piastował (z krótką przerwą) do grudnia 2010 r. W latach 1991–2012 firma rozwinęła się z jednej cukierni przy Nowym Świecie z pracownią na zapleczu do 12 cukierni własnych, 3 kawiarni oraz 2 sklepów delikatesowego w Warszawie plus 7 cukiernio-kawiarni w sieci franczyzy: w Krakowie, Gliwicach, Kielcach, Częstochowie, Łodzi, Katowicach i Wrocławiu. Personel firmy wzrósł z ca. 40-tu osób do około 230-ciu, a powierzchnia zaplecza produkcyjnego z 200 m2 do 1.800 m2. W roku 2005 firma została zaliczona do grona supermarek polskich (240 spośród ca. 1200), a w grupie Handel i Restauracje zajęła pierwsze miejsce. W rok 2008 firma ostała odznaczona Medalem im. Tadeusza Kotarbińskiego przyznanym przez Komitet Nauk Organizacji i Zarządzania PAN za wybitne osiągnięcia w dziedzinie organizacji i zarządzania.
Na koniec mojej kadencji w dniu 25 października 2010 roku podczas konferencji prasowej zorganizowanej przez międzynarodową agencję marketingową Young and Rubicon Consulting odebraliśmy Wyróżnienie Specjalne: A.Blikle — Kwitnąca Marka Rodzinna. To wyróżnienie było wynikiem badania, które objęło obecne na polskim rynku 1294 marki z 95 kategorii. Badanie przeprowadziła firma BAV Consulting według metodologii BrandAsset™ Valuator oceniającej marki według czterech cech zwanych filarami:
Pan Marek Staniszewski, wiceprezes firmy, która przeprowadziła badanie, napisał do nas: Bardzo miło mi poinformować, że marka A. Blikle znajduje się w znakomitej kondycji zgodnie z najnowszymi danymi BrandAsset Valuator 2010:
Układ filarów i proporcje (A > B, C > D) wskazuje na “zdrowy profil”. Już na tej podstawie można stwierdzić, że oryginalna obietnica marki A. Blikle spotyka się z uznaniem i ma szansę przyciągać kolejnych klientów. Bardzo dobrze wygląda filar „szacunek” — marka bardzo wysoko oceniana jest pod względem jakości.
Generalnie marka posiada duży potencjał dla realizacji. Filar „wiedza” — najniższy, jest i tak... zaskakująco wysoki biorąc pod uwagę realną dostępność produktów i cukierni. Najwidoczniej wielu potencjalnych klientów pomimo tego, że nie ma na co dzień styczności z marką, spotyka się z nią w mediach lub poprzez pozytywne opinie.
Dowiedzieliśmy się też, że nasza marka jest: znana, przynajmniej ze słyszenia 44 procentom ankietowanej populacji. W badaniu zastosowano próbę losową (próba adresowa losowana z operatu PESEL), reprezentatywną dla populacji mieszkańców Polski w wieku 18 – 69 lat. Ponieważ tak zawężona populacja generalna liczy nieco ponad 27 mln osób, znajomość marki A.Blikle estymowana na populację generalną daje liczbę niemal 12 mln mieszkańców Polski znających markę, przy maksymalnym błędzie wynoszącym 3,5 procenta.
Wszyscy respondenci, którzy deklarują znajomość marki (w tym przypadku ok. 44 procent próby), oceniają ją pod względem 48 cech wizerunkowych. Wskazania respondentów są następnie, przy użyciu algorytmów, przeliczane na indeksowe wskaźniki marki w poszczególnych filarach (Wyróżnialności, Zapotrzebowania, Szacunku i Wiedzy).
Pięć pokoleń rodu Bliklów związanych z cukiernictwem
Misja i wizja firmy
Misja i wizja firmy, to nie tylko określenie kierunków rozwoju, ale także wyraz aspiracji związanej z firmą społeczności pracowników i akcjonariuszy. Bez misji i wizji decyzje zarządcze bywają przypadkowe, a codzienna praca sprowadza się do mniej lub bardziej mechanicznego wykonywania proceduralnych czynności, o których nie wiemy często jaki cel realizują.
Misja
Peter F. Drucker w swojej znakomitej książce Zarządzanie w XXI wieku zauważa, że najlepiej pracują organizacje zatrudniające ochotników, bowiem motorem działania tych ostatnich jest realizacja pewnej jasno określonej misji. Misji, czyli posłannictwa — ważnego, odpowiedzialnego zadania do spełnienia.
W naszej firmie jako misję obraliśmy kult rzetelności i życzliwości, a konkretniej:
Na przykładzie naszej firmy pragnęliśmy pokazać, że ta misja jest nie tylko możliwa do osiągnięcia, ale też że prowadzi do firmy dobrze zorganizowanej i odnoszącej trwałe sukcesy na rynku, a więc mającej zapewniony byt na wiele lat. Naszymi hasłami były:
dobra praca, społeczna przydatność, życzliwość ludziom.
Wizja
Wizja organizacji to wyobrażenie o jej przyszłym kształcie, a także wytyczenie dróg jego osiągnięcia. Naszą wizję podzieliliśmy na trzy części. Dwie pierwsze odpowiadały dwóm zasadniczym gałęziom naszej działalności — tradycyjnej i przemysłowej. Trzecia dotyczyła tych elementów oczekiwanego przez nas wizerunku Firmy, które miały charakter społeczny.
Przy kształtowaniu tradycyjnej (nieprzemysłowej) części firmy staraliśmy się przede wszystkim dbać o to, aby naszymi głównymi kryteriami działania były jakość i wartość, a w szczególności aby:
Przy kształtowaniu przemysłowej części firmy najważniejszymi kryteriami powinny być jakość i dynamika rozwoju, co osiągaliśmy stosując następujące zasady:
W zakresie wartości społecznych chcielibyśmy, aby nasze firma była miejscem, gdzie ludzie chcą i potrafią pracować, a w szczególności:
Stan posiadania na koniec 2012 roku
W roku 1991 — gdy rozpoczął się post-PRL-owski rozwój firmy — w naszej historycznej cukierni i mieszczącej się za nią pracowni na Nowym Świecie zatrudniano łącznie ca. 40 pracowników, a roczna sprzedaż wynosiła równowartość około 600 tys USD. Później zatrudnienie wzrosło do około 250 pracowników, a roczne obroty do ponad 5 mln USD. Kapitał zakładowy wynosił 1.918.600 zł., a sieć sprzedaży obejmowała:
Cukiernie w Warszawie:
Kawiarnie w Warszawie:
Sklepy delikatesowe w Warszawie
Cukiernie w sieci franczyzy poza Warszawą:
Program jakości
W latach 1996 – 2012 był wdrażany w firmie program kompleksowego zarządzania jakością (ang. total quality management) wg. modelu, który rozwinął się w latach 1950-80 w Japonii, a następnie był udoskonalany w Ameryce Północnej i Europie. Z tym programem wiążą się takie hasła jak np. zarządzanie procesami, zarządzanie wiedzą i stałe doskonalenie. Program był wdrażany m.in. poprzez stałe szkolenia, zarówno wewnętrzne, jak i za pomocą instruktorów z zewnątrz, udział pracowników w konferencjach szkoleniowych (w tym międzynarodowych) i w seminariach. Prowadziłem liczne szkolenia dla naszych pracowników, które później przerodziły się w ogólnodostępne konwersatorium na temat zarządzania jakością. Z notatek przygotowywanych do tych wykładów powstała moja książka „Doktryna jakości — rzecz o skutecznym zarządzaniu” oraz jej drugie wydanie "Doktryna jakości — wydanie II turkusowe"; zobacz: Doktryna jakości
Bibliografia
Ponadto w archiwach Firmy znajduje się kilka tysięcy różnego rodzaju dokumentów związanych z jej historią w tym sześć tomów wycinków prasowych obejmujących zarówno prasę krajową jak i zagraniczną. Najstarszy wycinek jest tekstem reklamowym podpisanym przez założyciela Firmy i pochodzącym z roku 1889. Zbiór wycinków jest uzupełniany na bieżąco i powiększa się o kilku do kilkunastu wycinków miesięcznie.
Nazwa firmy: Andrzej Blikle Doradca
Nr telefonu: +48 607 456 918
e-adres: andrzej.blikle@moznainaczej.com.pl
NIP 525 12 84 084